Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jo.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jo.. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 marca 2012

(621). czyli maraton towarzyski.

puff.


w sumie półtora dnia, 5 spotkań. jestem zmęczony, choć może i poniekąd zadowolony także.
w piątek - Była, to już w sumie napomykałem. wczoraj z rana Lakmusowy, potem jo., a na deser McQueen. dzięki czemu wychodząc z domu o 10 rano, wróciłem do niego po 20. dziś pół dnia na domknięcie spotkaniowego łikendu - Chemik.
chciałbym zatem zapytać, gdzie się podział mój łikend? kiedy odpocznę, posnuję się bez celu w powyciąganym dresiku etc etc? no kiedy? za tydzień raczej też nie, gdyż zmierzam na Koniec Świata. 
ehhhh za prędko ten czas płynie...




niech już nadejdzie maj!

[...]

niedziela, 4 grudnia 2011

(541). czyli 'sympatyczny'.

podobno jestem.


ktoś z Was w to wierzy? że ja osoba aspołeczna, antypatyczna i socjopatyczna na pierwszy rzut oka może być właśnie za 'sympatyczną' uznaną? i to w dodatku przez osobę obcą i widzianą pierwszy raz w życiu niemal. a jednak tak się stało. ku memu wielkiemu zdziwieniu. ale po kolei :D.
wczoraj wieczorową porą na końcu miasta, u jo. odbyła się parapetówka, na którą zaopatrzony w tonę serów, alkohole i prezent na wejście, raczyłem się udać ;]. prócz gości znanych mi już dobrze od kilku lat pojawił się gość specjalny, co do zasady mi nie znany. obecnie jest on dupakiem gospodyni. i weź tu się odważ i mów z takim. i co ważniejsze mów z sensem i nie popełnij żadnego faux pas. skończyło się tym, że rozmawiałem z nim nawet o... piłce nożnej (sic!). wszystko to za sprawą mego ukochanego ginu ;). summa summarum, na koniec - wychodząc nieco wcześniej, by jak sam powiedział nie psuć nam imprezy - zdradził gospodyni zwanej gospodarką, że właśnie jestem sympatyczny. ciekawe czy przekaże to doktorowi NN, z którym się przyjaźni.
ciekawe ile z rzeczy, które mówiłem, mówiłem naprawdę. i co mówiłem. a co mi się już dziś śniło. mam nadzieję, że to co wydaje mi się, że mówiłem, tylko mi się śniło ;). zbyt dawno nie piłem chyba :D ale to się okaże niebawem, gdy usłyszę relację z imprezy. eh, chyba trzeba częściej gryźć się w język czasem.
(chociaż jak twierdzi pewien blogger o podwójnej tożsamości jestem zły i okropny i chciałbym go wypatroszyć. oh! miód na moje serce!)



a teraz czas na the voice, gdyż wczoraj zabawiając się nie miałem okazji oglądać.
i Yomosie za mejlowe przesyłki dziękuję pięknie :*

[...]

środa, 17 sierpnia 2011

(445). czyli złośliwość!

tego się nie spodziewałem!!! moja największa miłość już nią nie jest!!!








zaplanowałem sobie dziś pół dnia naukowej wolności. realizacja zamierzeń miała nastąpić u jo. a do rzeczonej miałem się udać dzięki uprzejmości kolei. a konkretnie pr. dobrze jednak, że wczoraj wieczorem przytomnie sprawdziłem, czy nie są przypadkiem planowane jakieś zakłócenia w funkcjonowaniu komunikacji kolejowej. i okazało się, że były. kolej postanowiła nie jeździć. wszystko za sprawą panów związkowców, którym bardzo wygodnie się na stołeczkach siedzi, ale chyba od siedzenia tego coś ich zaczęło uwierać i postanowili coś wymyślić. i wymyślili. od północy do północy pociągi stoją. (mam nadzieję, że panom związkowcom już nic nie stanie). 


jest szczytem bezczelności i rzeczą skrajnie nieodpowiedzialną w środku wakacji planować strajk w przedsiębiorstwie świadczącym usługi w ramach służby publicznej. w dodatku w przedsiębiorstwie o takiej sytuacji finansowej. odnoszę czasem wrażenie, że wywalczona dawno temu wolność zrzeszania się etc. przybrała po 89 r wymiar zgoła odmienny, od tego pożądanego. w spółkach tego typu jak pr (nasze kochane przewozy regionalne) można by takiej działalności zakazać. skoro nie funkcjonują takie organizację wśród służb mundurowych, to może i tu zaryzykować. ale pewnie zaraz się pojawią okrzyki, że komunistyczne metody. 


gdy strajkowali kontrolerzy lotów w stanach, zwolniono ich a na ich miejsce do obsługi urządzeń wykorzystano wojskowych. to samo kilka lat temu uczyniono w hiszpanii. z kolejami niestety tak się zrobić nie da. są zapewne zbyt mało strategiczne, nie są też firmą państwową, naruszono by prawo do strajków i wreszcie zaraz pojawiłyby się skojarzenia ze stanem wojennym i z mundurowymi czytającymi wiadomości w dzienniku.


nie lubiłem, nie polubię nigdy tych organizacji. więcej z nich szkody niż pożytku. bardziej przerośniętych pasożytów na organizmach gospodarki nie widziałem.


ale nie marudząc już i po lodzie nieodpowiednim nie stąpając: do jo. dotarłem samochodem. nadziewając się po drodze na traktory, które na drodze z zakrętami i ciągłymi trzeba było wyprzedzać. grrr! zatem wracałem już od niej autostradą by na podobne atrakcje nie natrafić. jestem przeszczęśliwy. 60km zrobiłem, limit podróży dalekich wyczerpany ;).











a teraz pisaczki w dłoń!





[...]

poniedziałek, 30 maja 2011

(395). czyli drugie podejście.

do truskawek.



tym razem bardziej udane. aż zakrzyknąłem radośnie: jest smak!. szkoda tylko, że jakieś takie karłowate one, i szkoda, że każda ma szypułkę, i szkoda że już się skończyły w sumie, bo miałbym całkiem smaczny z nich obiad, a tak to muszę kombinować dalej, co by tu do garnka włożyć.
od wczoraj chodzi za mną zasmażany szpinak, w wersji z posadzonymi jajkami i młodymi kartoflami z koperkiem, z kefirem w zestawie do tego.  obawiam się jednak iż z braku kucharza na pokładzie (czyli chęci) będę musiał sporządzić coś prostszego albo udać się na spacer do kfc. hmm... a może jeszcze zanurkuję w lodówce ;d.
Słoneczko pojechało sobie na wycieczkę na węgry - wraca dopiero w piątek. jo. siedzi w domu u siebie, pojawi się w środę. oh, ah, w końcu będę mógł bezkarnie mówić do siebie, wykrzykując kolejne przysługujące stronie zażalenia albo inne przesłanki umorzeń, zawieszeń, nieważności... i nikt nie będzie na mnie dziwnie patrzył. i nikt nie będzie kazał muzyki dziwnej przyciszać. wszak i ja muszę swój głos czymś zagłuszyć, bo słuchanie siebie było by za dużą mordęgą ;).


i dzięki Brylantynie muzycznie znowu się zakochałem. pewnie znowu na chwilę, ale dobre i to. patricka piosenkę powyższą gorąco polecam!

[...]

wtorek, 24 maja 2011

(387). czyli głowa.

słaba i leniwa.



a z wiekiem tylko gorzej. wczoraj dwa drinki ekspresowe z Byłą, dziś też tylko że w ramach oblewania jo. obrony. oj coś leniwa głowa mi się kiwa. a prezentacja na czwartek w głębokim lesie. mam cały jeden slajd. tytułowy.
muszę też nauczyć się wycinać z filmów klipy, by móc epatować homoseksualną propagandą na całego. przez całe 45-50 minut. oh. mam nadzieję, że współćwiczeniouczestnicy nie mogą się tego doczekać tak samo jak ja ;)


kupiłem truskawki. szkoda że tylko pachną. smaku nie stwierdzono. teraz tylko wypatruję wysypki ;).

[...]

czwartek, 17 marca 2011

(317). czyli przygotowania przedkontrolne.

stan najwyższej gotowości.



Słoneczko na konferencji w krajach południowych, jo. spakowała się i pojechała na Koniec Świata. Słoneczko zostawiło kurzowe kołtuny i tumany w pokoju swym - gdy tylko pod drzwiami pojawia się przeciąg przemykają one bezszelestnie podłogę, niczym krzaki ulice na amerykańskich bezkresach. jo. pozostawiła za to wszystko. począwszy od nieumytych garnkach, skończywszy na niewyniesionych śmieciach. ah ten pośpiech i zabieganie! i ja biedny muszę to wszystko poogarniać, swymi biednymi rękoma. sam samiuteńki i samiusieńki. jutro albowiem popołudniową porą przygotowuję się na przyjęcie na siebie ataku zmasowanego rodziców własnych rodzonych, oraz brata własnego rodzonego z jego własną nierodzoną dziewczyną. br. będzie wesoło albo przynajmniej ciekawie.


jak ktoś chętny do pomocy w sprzątaniu, zgłoszenia przyjmuję w komentarzach. tymczasem czas iść do miasta na plotki z Aparatką.

[...]

sobota, 26 lutego 2011

(293). czyli galerianek.

dziś wyjątkowo. no i wczoraj też.


Natalia Lesz - Cos Za Cos
Załadowane przez: EMI_Music. - Klipy wideo, wywiady, koncerty i wiele więcej.

w poszukiwaniu spodni dla Chłopca 3D. bo jednak na osobę ważącą kilo 50 sztuka to jest bardzo trudna. wczoraj jedna galeria ekspresowo porą wieczorową, dziś porankiem druga. wszędzie efekt ten sam, znaczy nawet nie mizerny a totalnie marny, czy nawet wręcz zerowy. jedyny plus to trochę spalonych kalorii - stan to chwilowy jednak - oraz zakupy poczynione w auchanie. bo niby to taniej, tamto taniej, czemu tylko siatki same do domu się nie zanoszą?!
sam również spenetrowałem sklepy i sprzedawców. i na nic ciekawego nie trafiłem, ba nawet wzroku na niczym i nikim nie zawiesiłem. taka pomiędzy-zimowo-wiosenna-posucha. może następnym razem. gdy zrobi się ciut cieplej, może i jakieś kolorowsze i radośniejsze i jakiekolwiek ciuchy w sklepach się pojawią.
w ramach akcji dokarmiania cioteczek chudzieńkich i kochanych zaciągnąłem do domu swego 3D i obiadem uraczyłem. mimo krzyków i wzbraniania się nałożyłem górę jedzenia na talerze i pilnowałem by wszystko z niego potem zniknęło. sukces został osiągnięty!


czuję się taki samotny. jo. w domu, Słoneczko też. zostałem sam na włościach. chyba się zasuszę albo zapłacze ze smutku! oh!

[...]

sobota, 19 lutego 2011

(287). czyli bye-bye vs hey-hi-hello!

czyli że - wracać do krk czas.



dziś wyjątkowo nie lubię pkp. nie lubię bardzo nawet. a najbardziej nie lubię pociągów-widmo. raz są, człowiek się nastawia na podróż nimi, a gdy przychodzi co do czego, kupuje bilet, by następnego dnia się udać na peron - okazuje się że skład akurat nie kursuje i dosłownie wyparował ;o. a specjalnie tak próbowałem poukładać sobie podróż, by we wro wsiąść do czegoś podstawianego - a dzięki temu pustego - a nie do pełnego spragnionych feryjnego wypoczynku wagonu toczącego się ze szczecina, kołobrzegu czy innej bydgoszczy.
ale i na psikusy ze strony kolei są lekarstwa. nawet smaczne, choć o irracjonalnej cenie. ale czasem można, a w tym wypadku nawet trzeba się szarpnąć.
cóż mnie w krk czeka? jo. i Słoneczko. ale Słoneczko nie sam. ze swoim latynoznajmomym (nazwijmy do Panem Kordialnym), z którym się przyjaźnią (oficjalnie) i nie tylko (w rzeczywistości). na co dzień udaje, ze nic ich nie łączy. na co dzień udaje typowe hetero. cóż że ciut spedalone. nie widać tego ani nie słychać ani nic i wszyscy go za geja nie uznają. no ale nic. może i świat ułudy mu bliższy. niechaj będzie. i będzie wesoło mam wrażenie za ścianą mego pokoju się działo :D.
i jeszcze jedna dobra wiadomość na koniec. nowa płyta seweryna ukazała się już wczoraj, mimo że zapowiadana na poniedziałek była. nos mnie jednak nie zawiódł i słusznie w empiku wylądowałem i z rękoma pełnymi wyszedłem. polecam gorąco! do słuchania na górze posta także zachęcam :)


i śnił mi się sansi dziś. rozbrykany jak zawsze. po obudzeniu zastanawiałem się, co to może oznaczać. teraz już wiem. odblokował bloga :D

[...]

poniedziałek, 31 stycznia 2011

(268). czyli bezproduktywne poranki.

eh eh eh.



wstało mi się tak koło 10, poprzewracałem się wprzódy w łóżeczku przez minut chyba ze trzydzieści przysypiając raz po raz i przestawiając nieskończoną ilość razy budzik w drzemkę o kolejne kilka minut. ale wstałem. czy też raczej wywlokłem się.
nie lubię poranków. tych poniedziałkowych tak samo jak wszystkich innych. chodzi człowiek nieprzytomny, na wpół zaspany i nieprzytomny. ledwo mu się usta chce otworzyć by powiedzieć hey, hi, hello do jo. czy równie - jak nie bardziej - zaspanego Słoneczka z wyrazem twarzy mówiącym, że chyba ktoś mu zabił kota naleśnikiem. 
kawa jedna, potem druga. sunie człowiek do pokoju, marzy o tym by zasiąść do nauki, bo przecież trzeba, bo już jutro, ale pora za wczesna. organizm się buntuje. założyłem więc konto na filmweb i klikam filmy, które widziałem. i czytam o nich. taki substytut nauki, gdyż jutro właśnie z filmu kolokwium. i sumienie troszkę czystsze. 
czas zrzucić dresik, czas iść do sklepu, czas zjeść coś w końcu na śniadanie, bo na samej kawie to długo nie pociągnę raczej. a może od razu sobie obiad zrobię... w sumie kurczak już się rozmraża ;>


nemst też obiecał uraczyć mnie serem żółtym i posprzątać mieszkanie. czekam niecierpliwie ;D.

[...]

poniedziałek, 17 stycznia 2011

(256). czyli generalne porządki.

szczotka-kubek-pasta-ciepła woda.



i parę innych bardziej toksycznych gadżetów zostało użytych. ot jeden ze skutków ubocznych podejmowania gości na swych włościach - porządek :D. czystość zapanowała wszędzie. tzn na terenach przypadających mi w przydziale. Słoneczko i jo. zajmą się resztą już niebawem. a przynajmniej mam taką nadzieję, bo inaczej będę musiał być niemiły ;).
odbyłem dziś także pierwszą w życiu rozmowę o pracę. co prawda symulowaną, ale przed kamerą i w ramach zaliczania kursu z pr. nie zmienia to jednak faktu iż sama w sobie ona była stresująca. jak każda ma aktywność na forum albo w inny sposób wymagająca 'stania na środku'. 


magda czapińska napisała kiedyś, że 'szczęście to garść pełna wody'. i chyba trochę racji miała, bo dobrze jest szukać szczęścia i przyjemności w małych rzeczach i warto umieć cieszyć się każdym dniem.
teraz tylko powyższe należy zacząć wcielać w życie ;].

[...]

sobota, 8 stycznia 2011

(248). czyli czwarty król.

król Słoneczko.



jak legenda niesie 3 króli dotarło, czwarty zdążał także ale nie dane było mu dojść. albo doszedł za późno. niósł pewnie ze sobą jakiś prezent dla dzieciątka. i tak się złożyło, że prezent ten zostawił na stole w mej kuchni. a nawet dwa prezenty. gdyż Słoneczko w dniu dzisiejszym postanowiło urodzinowo nas z jo. obdarować w środku nocy podłożył opakowane i przewiązane paczuszki na kuchennym stole. otrzymałem uroczą opowiastkę o miłości. dla dorosłych dzieci lub ciut dziecinnych dorosłych. wpasowuję się więc idealnie w którąś z tych grup. nie wiem tylko którą. a miłe to tym bardziej, iż był to jedyny prezent niespodzianka, gdyż wszystkim innym wręczam listy, ze spisanymi rzeczami, na które mam ochotę.
skoro przywołałem już Słoneczko, warto przytoczyć jeszcze jedną opowiastkę. kuchenną. siedzimy sobie rodzinnie w kuchni, zajadamy się pierniczkami o kształtach przeróżnych. on trafił akurat na chłopczyka w różowym sweterku. po czym zaczął opowiadać o czasach młodości, gdy uwielbiał grywać w simsy. a kiedy już nudziła mu się wyhodowana rodzinka - topił ją w basenie. nie podejrzewałbym go nigdy o takie skłonności. jak to mało wiemy o ludziach, z którymi mieszkamy. następnie trzymanego w dłoni chłopczyka-pierniczka zamoczył w herbacie i zjadł.


zdjęcia (kliknijcie i powiększcie - yummy!) w ramach promocji akcji zdrowotnej związanej z nowotworami jąder. szczegóły na pudlu [sic!].
a tymczasem pożegnam Was zasłyszanym na ulicy: narazie byczki! 

[...]

sobota, 1 stycznia 2011

(242). czyli gościem być.

bardzo przyjemnie jest.



do tego bardzo wygodnie. tym wygodniej, gdy jest się gościem na imprezie we własnym mieszkaniu. sprzątanie człowieka omija, choć śpi we własnym łóżku :D. tak oto sylwestra zorganizowała jo. i Słoneczko dla swych znajomych z półwyspu pewnego ciepłego, mówiących dziwnym językiem, a ja nie umoczyłem w tym wszystkim nic a nic. no może tylko paluszka robiąc sałatkę na wejście, bo przecież czymś pożywiać się trzeba.
obejrzałem dziś zdjęcia z imprezy. jestem w głębokim szoku. na tyle głębokim, że posta pisze dopiero po pewnym czasie od zakończenia party. postanowienie noworoczne mam za to. nawet kilka.
1. nie uśmiechać się po alkoholu.
2. nie tańczyć po alkoholu.
3. nie mówić za wiele.
4. notować co się robi, by minimalizować zdziwienie podczas lektury zdjęć.
amen.
ale suma summarum jestem zadowolony. imprezy robione spontanicznie i na ostatnią prawie chwilę nie są złe. bywają smaczne. o diecie pomyślę jutro.


i piosenki posłuchajcie koniecznie!

[...]

środa, 29 grudnia 2010

(239). czyli rzeczy martwe są złośliwe.

szczególnie w kontaktach z osobami żywymi.



po pierwsze i najstraszniejsze. kobiety (żywe) stykające się z rzeczami (martwymi) mężczyzn, powodują ich złośliwość. ich czyli i tych rzeczy i rzeczonych mężczyzn. jo. dziś dotknęła moją ukochaną szklankę. upuściła (szklankę). pękła (szklanka). nie ma (szklanki). i już nie będzie. ani tej samej ani nawet takiej samej. szklankę tę, gównianą z lekka co prawda - bo z maka, do zestawu dołączana - ale zostawił po sobie jakiś czas temu u mnie Bezpłciowy. wiem, dziwny sentymentalizm, ale cóż. pogrążam się niniejszym w czarnej rozpaczy. czekam na kolejna promocje w maku i kolejna wizytę Bezpłciowego. mam nowy cel w życiu!
po drugie. znowu kobiety. znowu rzeczy martwe. ale tym razem te nienależące do mężczyzn. walczyła mama ma w pracy dziś z tonerem do drukarki. uj***ła nim pół biurka, bo coś się z niego zaczęło wysypywać. kamil d. byłby zrozpaczony pewnie też tym faktem. potem zawezwała mnie na pomoc, bo kto się lepiej zna na sprawach technicznych niż nie gej. (choć wciąż jeszcze siedzący w szafie). sukces został osiągnięty. i nie usmarowałem się jak kominiarz. :D
i trzy. i tu nie będzie żadnych kobiet wreszcie :D. tu będzie za to mój ukochany i najpiękniejszy pan dentysta. śniło mi się, że leczył mi zęby w samych bokserkach. kolorowych oczywiście. podreptałem więc radośnie do gabinetu licząc na ziszczenie się marzeń. a tu figa! ani skrawka majtek! uraczył mnie za to mało przyjemnymi narzędziami. i to mężczyzna mężczyźnie ten los zgotował! (za pomocą rzeczy martwych, złośliwie pewnie ból mi sprawiających).


i zimno. i biało. i ślisko.

i ukłony i podziękowania wraz z pozdrowieniami dla Tahoe&Yomosy. Wy już wiecie za co!

[...]

wtorek, 21 grudnia 2010

(220). czyli wigilijne spotkanie trzeciego stopnia.

spontanicznie ślicznie.


zestaw potraw też bardzo interesujący. być może jakby się wysilić, to do dwunastu by dobiło.
zaczęło się całkiem przypadkowo, choć po części w sposób zaplanowany. po zajęciach o 13 z jo. udaliśmy się do cupcake na małe rozkosze dla podniebienia. wchodząc dostrzegliśmy siedzącego tam Słoneczko, który już kończył spożywać swoją porcję, ale oczywiście nie omieszkał i nam towarzyszyć. muffiny i właśnie cupcake'i mają tam wprost przepyszne, w rodzajach wielu. (tak o to wieczerza tuż po południu się rozpoczęła).
nastał i czas obiadu. wyszło, że także wspólnego. bardzo tradycyjnego i swojskiego. kasza spod pierzyny, pulpeciki babcine w sosie grzybowym, ogórki kiszone. impreza z każdym łykiem piwa i wina rozkręcała się coraz bardziej i bardziej. wieczorową porą wjechała na stół pizza i kolejne wina. pożarty został czekoladowy mikołaj spoglądający na nas dotychczas z parapetu. a czas płynął, coraz leniwiej niby, ale nie przeszkodziło mi to napisać w międzyczasie planu pracy magisterskiej i wysłać go do promotora - tak między jedną lampką wina a głową mikołaja (albo inną częścią jego ciała).
napisałbym, ze kolędowaliśmy, ale to tylko częściowo prawda. odśpiewywane były tylko piosenki świąteczne typu 'last christmas' oraz hity minionego dzieciństwa - 'kolorowy wiatr' czy 'krąg życia', a także piosnki dawno przebrzmiałe violetty v., sandry lub innej sabriny. obejrzano najbardziej chwytające za serce sceny z 'nocy i dni' oraz 'trędowatej'; także mniej górnolotne teledyski artystów co najmniej szemranych.
jo. pokusiła się o tańce. zapoczątkowały one szereg słownych potyczek, gierek i innych giętkości. (które dzielnie na karteczce spisywałem).

***
(ja do tańczącej w rytm 'kolorowego wiatru' jo. udającej głupią dzikuskę vel pokahontas): jakie bagno, taka rusałka.
***
(konstatacja jo. porą późną) myślałam, że mikołaj do nas mówi, ale on już nie ma głowy.
***
max (głosem objedzonym): kto chce ostatni kawałek pizzy?
Słoneczko: ja już nie mogę, ale daj. bo lepiej zjeść i odchorować, niżby miało się zmarnować. (eh te wielkopolskie zasady).
***
jo. do mnie: daj to ci skończę, żebyś nie marudził. (to o keczupie oczywiście).
***
max: ja za godzinę będę spał już w rowku.
jo.: jakim rowku?
max.: jak to jakim?
jo.: no tym najgłębszym, mariańskim.
max (pełen oburzenia): czy ja mam w pokoju jakiegoś mariana?!
jo.: a cholera cie wie!
(na co Słoneczko parskając śmiechem, z ustami pełnymi herbaty, wszystkich nas nią poświęciło).
(rowek, czyli odcinek wersalki, między jej dwoma połówkami, gwoli jasności).

jeden wieczór starcza czasem by od świata się oderwać i w jakąś krainę abstrakcyjnej szczęśliwości udać. 

 

mając seminarium dziś na 8, zasnąłem po 2. zgadnijcie, jak pięknie dziś wyglądam i jak wspaniałym uśmiechem raczyłem o poranku ludzi na uczelni :D

[...]

wtorek, 7 grudnia 2010

(211). czyli wracam.

wracam, bo nie chcę, by Brooke, z nadmiaru popcornu nam się rozpękła. wracam, bo nawet Sansenoi porzucił obżeranie się czekoladkami i zaczął na nowo pisać bloga swego odblokowując dni kilka temu. wracam, bo Tahoe obiecał mi jakieś cuksy lub pierniki. wracam, bo Yomosa każe mi się łejk-ap'ać. nie mam wyjścia zatem.  marudzą wszyscy, dziury w brzuchu wiercą. wracam. wracam, bo w sumie odpoczywanie mnie zmęczyło już i pisać mi się coś zachciewa. no.


sen zimowy swój streścić miałem. w punktach chyba będzie najsensowniej, gdyż cośtam się jednak działo, a nie chce by ktokolwiek wątek po drodze gdzieś stracił i zgubił się w treści mych wywodów pokrętnych. a chronologicznie to raczej nie będzie.

a) uwielbiam podsłuchiwać rozmowy przypadkowe. czasem też zaglądam w tramwajach ludziom piszącym smsy w ich komórki, choć tam zwykle nic nie wyczytuję, to jednak coś mnie zawsze kusi. podsłuchiwanie jednak nie łączy się z wytężaniem słuchu. to raczej wina, tych co się za głośno produkują. wychodzi im to czasem dość zabawnie, choć bezwiednie. dwa minione dni, dwa dialogi - czy raczej tylko wymiana zdanie za zdanie - osoby te same co do zasady; Chłopiec, Z Którym Mogło Wydarzyć Się Więcej (CHZKMWSW) i jego koleżanka, czyli jakieś mniej ogarnięte dziewczę (DZ) z mych studiów, lat około 20.
(wczoraj)
DZ: cześć, co tam?
CHZKMWSW: nic, katar mam.
(dziś)
DZ: co tam?
CHZKMWSW: nic, miałem wczoraj nudności.
przy czym sam Chłopiec jest dość neurotycznym i lekko bardzo przegiętym stworzeniem, głos odpowiednio modulującym i ilekroć go słyszę, szczególnie przy okazji dialogów spontanicznych, uśmiechu serdecznego opanować nie mogę.

b) zima zawitała do krk. tzn. powoli już znika z powodu ciapiącego z nieba deszczu, ale uwierzcie - było biało. latałem z parasolem po śniegu w trampkach. znaleźć buty zimowe graniczy z cudem. szczególnie w grudniu. (tak wiem, powinienem mieć je zakupione już w październiku przezornie). zasypało było wszystko doszczętnie. a ja chodzę i szukam. i szukam. jednak galeria, druga, trzecia. sklep za sklepem. te zbyt trampkowate, te mają za cienką podeszwę, te nie są ocieplane, a przede wszystkim żadne mi się nie podobały. 
i kupiłem pewną parę. po 3 dniach oddałem, bo były zbyt mało zimowe. zamówiłem kolejną parę w innym sklepie - ale rozmiar był nie taki jak powinien - zrezygnować musiałem. i całe szczęście, bo od chwili zamówienia do ich obejrzenia po raz drugi zdążyły mi się odpodobać. aż wreszcie wczoraj spontanicznie całkiem udało mi się upragnione nabyć. chadzam w nich po mieście już. zatem oddawać tym razem nie zamierzam. i tak już w połowie krakowskich sklepów pewnie funkcjonuję na liście 'tych klientów nie obsługujemy', bo tylko kupuję i zwracam i kupuję by zwrócić i tak w kółko. dobrze, że mam na to zawsze owe 28 czy 30 dni. źle, że trzeba to za każdym razem do sklepu samemu odnosić ;)

c) odchamiłem się troszeczkę. jeśli to w ogóle w moim przypadku było możliwe. w niedzielę z jo. oraz jej rodzicielami udałem się na koncert turnaua. nie licząc mrozu przed wpuszczeniem do klubu - in plus. wczoraj z kolei z McQueenem zaliczyłem anię de. wszystko fajnie, wszystko cacy, jak tylko można zrobić jej koncert siedzącym oraz jak można tak masakrycznie spierdolić aranżację 'nigdy nie mów nigdy' wie chyba sama artystka. z lekka jestem zbulwersowany, ale po wylaniu złych emocji tu nawet mi ulżyło. i pan co na trąbce sobie grał, był całkiem ładnym panem.

d) owszem przez minione dni miewałem zły humor i nie wahałem się go używać. dla higieny czyniłem to poza wirtualną rzeczywistością. dziś mam zadziwiająco dobry. dziwnie mi z tym. ale chyba nawet przyjemnie.

e) wbrew zapowiedziom i przewidywaniom odwiedził mnie jednak czerwony i brodaty. albo jakaś piąta kolumna, gdyż same słodkości znalazłem w paczuszce okolicznościowej. tymczasem bardziej niż uczta dla ciała (gdyż dieta, ah dieta. koniec z hurtem czas na detal. byle tylko nie słodki), złaknionym uczty dla ducha, a tymczasem książki mam otrzymać dopiero pod choinkę. a książki oczywiście o gotowaniu, by choć oczyma się na jeść, ręką za brzuch bolący z obżarstwa świątecznego się trzymając. ale to dopiero przede mną za tygodnie dwa albo coś w okolicach.





f) zmierzch też widziałem.


i zaraz się biorę do nawiedzania Was :D

[...]

poniedziałek, 8 listopada 2010

(200). czyli pozamiatane.

na błysk.



nie lubię sprzątać ale lubię efekt sprzątania. gdy wszystko znajduje się na swoim miejscu, nic nie wala się tam, gdzie nie powinno. gdy panuje harmonia i spokój. dzięki porządkowi - także ten wewnętrzny.
w każdym razie ład po imprezie został zaprowadzony. wyniesiono kilka worów odpadków, pozmywano, powycierano, poukładano. także podłoga doczekała się masażu mopem. co ciekawsze, ze 30 bawiących się, próbujących potańcowywać - a przede wszystkim - gadających i słuchających muzyki do godziny 5 nad ranem osób, nie wzbudziło niezadowolenia u sąsiadów ani policji. co do zasady ja, jo. oraz Słoneczko jesteśmy z gości naszych oraz samej parapetówki jesteśmy o dziwo zadowoleni. nawet McQueen zachowywał się w miarę grzecznie. w miarę.


a jesień i tym podobne sprawy chyba i na mnie zaczynają źle wpływać...

[...]

piątek, 10 września 2010

(168) 84. czyli już z górki.

ciekawe tylko czy na pazurki czy na 4 łapy.



2z3 złych rzeczy już za mną. tzn. chyba dwie, bo z tej drugiej, popełnianej dzisiaj wciąż wieści żadnych nie mam, ale źle być nie może. i tak twierdzę nie tylko ja. doktor NN, mejlu na tematy uczelniane (praktyki i te rzeczy), napisał iż jest spokojny o moje egzaminy. miło z jego strony, ja się tylko zastanawiam, co mu można ładnego odpisać, bo chyba 'że chciałbym o swoje egzaminy być tak spokojny, jak pan o nie jest' raczej nie wypada, a nawiązać do tego pięknego zdania chyba powinno się. any ideas?
wracając do tematu; dzisiejszy egzamin miał się odbyć wczoraj. czekałem ja, czekały dzieciaczki. kwadrans - dra nie ma, pół godziny, godzinę, dwie. telefon do sekretariatu. czekamy dalej. aż się wreszcie okazało, że umieścił ów dr ogłoszenie, ale na stronie innego niż mój instytut. cóż pozostaje się cieszyć tylko, że uniwersytet wybrał dobrze. dziś oczywiście powiedzieliśmy mu, że nic się nie stało. ba to nawet przyjemność czekać na niego, że zrobiliśmy sobie piknik, chcieliśmy już rozbijać namioty, rozpalać ognisko. i że na niego to możemy zawsze czekać. wzajemny szacunek przede wszystkim. na linii pracownik naukowy z habilitacją - student, przede wszystkim.
jutro do krk przybywa jo. w końcu. jak uda mi się znaleźć na targu którymś grzyby leśne, czas nadejdzie by wzbić się na kulinarne wyżyny na obczyźnie i sporządzić sos. Słoneczko już odmówiło spożywania zasłaniając się bólem brzucha po grzybach, a nawet pieczarkach. powiedzmy, że mu wierzę. co gorsza (bo jakoś jednak przeżyję wzgardzenie moją kuchnią), okazało się jeszcze, że uwielbia czosnek. czemu wszyscy lubią czosnek. dużo czosnku. bez sensu.


jeszcze 5 dni i nadejdą beznaukowe, bezpraktykowe wakacje. nareszcie! i nareszcie wrócę do pisania w takiej ilości, jak bym chciał.
aa. i kto wie jak skonfigurować sieć bezprzewodową i mi z tym pomoże? :(

[...]

poniedziałek, 6 września 2010

(166) 82. czyli suma chwil.

czasem słucha się nie tyle piosenki, co jej tekst.



czasem odkryje się jakąś prastarą piosenkę i otwiera oczy (czy usta) ze zdziwienia; nie tyle, że 'ojej, jakie fajne', ale z powodu tego, że w tekście jakimś cudem znajdzie się albo coś mądrego albo choć coś mądrego tylko dla nas.

jedną noc pół dnia szczęście zwykle tyle trwa
ledwie poznasz jego smak już odfruwa gdzieś jak ptak.
[...]
kiedyś gdzieś kto wie spotkamy się być może
ty i ja, szczęście zbudzi serca dwa
jedną noc, pół dnia całą wieczność niechaj trwa.

zatem jeśli życie może być sumą zdarzeń, to oby jak najwięcej było tych wspominanych ciepło. i nawet jeśli mają one trwać 'jedną noc, pół dnia', to czekając na te ciut dłuższe warto chyba tym krótszym pozwolić się zdarzyć. (zgodnie z zasadą: lepiej spróbować i żałować, że się nie udało, niż żałować, że się w ogóle nie próbowało. zawsze pozostać może kolejny 'moment' do kolekcji).
(skoro zacząłem rozmyślać, to oznaka zbliżającej się starości albo jesieni. nie prowokując ani jednego ani drugiego, rozmyślać lepiej przestanę).


miałem sobie zrobić tosty. mojego ukochanego maasdamera nie było, mego ukochanego keczupu heinz'a też nie. kupiłem inne. to nie był dobry pomysł. następnym razem poszukam lepszego sklepu.
i na kilka dni przyjeżdża dziś Słoneczko. ciekawe jak się nam będzie kooperowało pod jednym dachem, skoro dotychczas byliśmy co do zasady na 'cześć' i znaliśmy się bliżej z opowieści jo.

[...]

środa, 25 sierpnia 2010

(160) 76. czyli zakochaj się na jesień!

najlepiej platonicznie.



platonicznie i bezpiecznie. (w dodatku nie przeszkadza to innym miłościom, które na pewno się niedługo pojawią :]). oglądaj zdjęcia, wzdychaj, oh-uj!, ah-uj!, śpiewaj pod nosem. motylki w brzuchu jednak nie są wymagane; oczy świecić się od biedy mogą. ledwom o tym pomyślał - nadarzyła się ku temu okazja, którą postanowiłem wykorzystać.
zostałem nawiedzony wczoraj przez jo. nie wiem z jakiej racji, bo raczej nie zasłużyłem; może chciała być miła; whatever; ale dostałem dvd z koncertem miki. spowodowało to ożycie na nowo, rozbudzenie, czy zmartwychwstanie głęboko skrywanych i uśpionych pokładów miłości nieprzebranej i niezmierzonej do w/w osobnika. życie od razu staje się radośniejsze. im więcej się ogląda ów pozytywnie pierdolnięte kudłate coś biegające po scenie i robiące dziwne rzeczy albo grające na fortepianie i robiące cokolwiek, tym mimowolnie się człowiek uśmiechać zaczyna. nawet ja. (to już jest w ogóle bardzo dziwne).
zacowi rośnie konkurencja ;).
przyjrzyjmy się bliżej. duże brązowe oczka, ładne usta. no i płaski brzuszek. ideał. do tego bardzo ładnie mruczy.




mhm.
no ale zejdźmy na ziemię. na ziemi max dzielnie odbębnia ostatnie dni praktyk, oskarżając metodą kopiuj-wklej o kolejne czyny złych ludzi jakiś, chodzi co rano do biedronki po wodę, by mieć co jeść podczas praktyk oraz usiłuje zabierać się za to co się musiało poprzekładać z czerwca na wrzesień. br!
lepiej było na tę ziemię nie schodzić chyba.

[...]

środa, 18 sierpnia 2010

(156) 72. czyli podróże kształcą.

a zwłaszcza dookoła świata.



co prawda moja była troszkę krótsza, ale bardzo rozwijająca i rozkoszy pełna. rozkosze kosztowały mnie całe 7,38 zł (bosh, jak mnie łatwo zadowolić) a dojście trwało (dwa razy po) 21 minut. po tym czasie spędzonym w pociągu (to nic, że kupiłem świeżą politykę, bowiem podróż odbywała się w przeciwnym kierunku niż jeżdżę za zwyczaj, zatem siedziałem z nosem niemal przyklejonym do szyby, wypatrując wszelkich zmian za oknem, które mogły zajść od mej ostatniej wyprawy koleją w kierunku zachodnim od Końca Świata, tj. od około 3 lat). w ten cudowny sposób dotarłem do siedliska zamieszkiwanego przez jo.
obgadano i oplotkowano wszystko co się rusza i nas interesuje albo dotyczy; udzielono sobie nawzajem porad wszelakich, by wreszcie przystąpić do kuchennych podróży. siedlisko położone 25 km za Końcem Świata, cóż że kuchnia tamtejsza zaopatrzona jest w bambusy czy inne kiełki, kiedy nie ma w niej zwykłego ryżu i chińszczyznę trzeba próbować płodzić z użyciem kaszy jęczmiennej. co ciekawsze łączenie smaków wschodu ze smakami bieszczadzkimi wcale nie najgorzej nam wyszło. kuchenne spontany polecam gorąco!


jesień już jest z nami. pociągi zapłakane deszczem, niczym autobusy u maryli. to nic, że jest połowa sierpnia, ja już wypatruję lecących kasztanów, kolorów na drzewach i oczywiście babiego lata mego ulubionego.

[...]