Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 lutego 2012

(606). czyli bałwanek.

tu i tam.


same bałwanki wokół w sumie. 
ledwo człek biedny wyjdzie z ciepła na dwór/pole/zewnątrz, jeszcze nie przygotowany jest on na zmianę warunków, jeszcze nie gotowy na zaskoczenia, jeszcze gdzieś wewnątrz tam jest mu ciepło, a tu mu śnieg prosto w twarz. prosto we wszystko. a czasem nawet od tyłu. przejdzie taki człowiek kilka metrów, kilkadziesiąt metrów, czy nie daj boże ciut więcej i bialutki z każdej strony. i wciska się to białe to-to wszędzie. i nie sposób się opędzić. i nóżki się rozjeżdżają a oczy nic nie widzą. parasole nie pomagają. nic nie pomaga. odwilż pomoże i wiosna.
czekam niecierpliwie.



i chodzą tak po świecie same bałwanki białe. brrr!

[...]

piątek, 3 lutego 2012

(599a). czyli taki numer.

bo czemu by nie.


ale też dlatego, że jeden numerek pominąłem po drodze, a gdy się zorientowałem, okazało się, że zbyt wiele postów musiałbym edytować by numerki im zmienić. a jak wiadomo jestem leniwy. by statystyce było zadość zatem, prowadziłem ów konstrukcję z literką 'a'. w sumie jest ona także przydatna z innego powodu - odwleka w czasie post numer 600, w którym nie wiem za bardzo co napisać, albo nie wiem jak napisać, albo nie wiem czy napisać. ale to w kolejnej notce dopiero. (chyba że pojawi się '599b' ;)).
miał wczoraj urodziny 3D. urodzinowo naskrobałem mu ślicznego sms długaśnego. powinienem pewnie zadzwonić, ale wiem, że wtedy by się skończyło na wszystkiego najlepszego. nie umiem rozmawiać przez telefon. nie umiem rozmawiać przez telefon z nim. potem się okazało, że on ze mną też nie umie. i że jestem jedyną osobą, z którą ma problem z rozmowami o uczuciach. i to działa w drugą stronę też. choć ja w ogóle o tym rozmawiać nie umiem. albo przynajmniej nie lubię. 



i w końcu dostałem swą upragnioną legitymację. już mogę się legitymować członkostwem w organizacji. jupi-jupi!
minus 21 rano. syberia.

[...]

środa, 1 lutego 2012

(598). czyli integracja.

tu następuje [pusty śmiech].


jutro po zabawie w siedzenie za biurkiem i pisanie mądrych rzeczy, po zajęciach arcyciekawych, czyli jakoś po 19, a przed 20 czeka mnie wyjście na spotkanie integracyjne mojej aplikacyjnej grupy. wprost nie mogę się doczekać. póki co nie widziałem ani jednej ciekawej twarzy. wszak trudno ciekawą twarz dostrzec jeśli na 60kilka osób w grupie 2/3 to dziewczyny, 25 % to chłopcy brzydcy, głupi, zajęci albo w jakikolwiek inny sposób wybrakowani, do tego doliczmy mnie i zostaje może 3-4 którzy mogliby być fajni. pewnie ich nie poznam i tak. wszak jestem aspołeczny i rozmawiać i poznawać ludzi nie lubię. ale może się przemogę i ruszę na to wspaniałe spotkanie. w sumie nie tyle, że wypada, ale powinno się pójść. oj jak mi się nie chce. a potem jeszcze polować na autobus do domu. w mrozie oczywiście.
a na mrozie to ja się swoje dziś nastałem już. autobus odjechał mi sprzed nosa, a kolejny był aż za 12 minut. było to 12 minut spędzone na 15 stopniowym mrozie przy wietrze okrutnie wiejącym i odczuwalną temperaturę obniżającym o pierdylion stopni. na pocieszenie przed wizytą w (ciepłym) sądzie (w którym miałem do załatwienia same ważne sprawy), kupiłem sobie pyszne zapiekane w cieście jabłko. tyle dobrego dla ust, języka, przełyku i żołądka. do tego lukrowane to to było i z cynamonem. oh i ah! 



na koniec kilka mądrych słów od marii czubaszek oraz felieton prof. środy.

[...]

sobota, 28 stycznia 2012

(593). czyli spotkania.

przypadkowe i mniej.


mniej przypadkowe odbyło się dziś. na mrozie. prawie, że w samo południe. z ów adeptem prawniczych sztuk. potem czym prędzej na kawie skryć się trzeba było. pogoda okrutna. a będzie jeszcze gorzej. do minus 20 jak wieszczą prognozy. ja chce pod kołdrę. z kimś ciepłym ;).
zimowa pora wymaga wzmożonej dawki kalorii dla organizmu, by miał się czym ogrzać. skoro nie ma innego źródła ciepła niż centralne i termoforek, a na polu/dworze/zewnątrz mróz trzyma jemy tłusto. sos na kremówce z serem pleśniowoniebieskim (800kcal) do tego makaron, brokuł, kurczak. jedna porcja bombowa. z 1200 kcal pewnie najmniej. na zdrowie. rośniemy.
dziwne, że gdy gotuję tylko dla siebie mam zawsze problem z ocenieniem ilości potrzebnych mi produktów. niby biorę tylko trochę makaronu, trochę kurczaka, a powstaje potem kooooopa jedzenia. chyba czas najwyższy znaleźć jakiś pyszczek do karmienia. inaczej jeszcze nie daj bóg utyję. (albo trzeba garnki na mniejsze zmienić).
przypadkowo za to nadziałem się w tym tygodniu dwukrotnie na Doktora NN. akurat gdy już płytę odzyskałem od niego, wpadłem na niego w kanciapie doktorów, gdy poszukiwałem innej pani doktor; a potem gdy frunąłem na szkolenie bhp. i nie były to bynajmniej prowokowane przypadki.




w sumie ta notka miała być o czy innym. ale to może następna będzie :D.

[...]

piątek, 27 stycznia 2012

(592). czyli a śnieg skrzypi pod nogami.

innymi słowy zima przyszła.


tylko po co. tego nie wie chyba nikt. owszem biało, ładnie. ładnie, ale tylko gdy podziwia się ten widok zza okna, siedząc w cieple. bo gdy trzeba swe zwłoki ruszyć na trzynastostopniowy mróz już się nie robi wcale przyjemnie. a wręcz przeciwnie. jedyne co pociesza przy szybkim marszu pozwalającym się lekko rozgrzać i nie dać się mrozowi, to właśnie śnieg pod butami wesoło skrzypiący.
niektórzy jednak zimy się nie boją. np rdzenna ludność mego osiedla. chłopcy morowi, krótko obcięci i zakapturzeni. ubierają sobie dżinsy, adiki oraz skarpetki typu stopki. potem mogą rzucić w tramwaju do drugiego sobie podobnego: nogawę podniosłem to mi po pięcie przypiździło, bo kurwa stopki mam. (i tu powinna się wzmóc czujność pewnego bloggera i posypać się powinny pytanie a jakie to stopki i jakie stopy ;-)).



miałem sobie zrobić jutro kolejową wycieczkę wokół krakowa, ale nie chce mi się wstawać o porze wczesnej a i mróz odstrasza, więc może za tydzień ;).

piątek, 18 listopada 2011

(530). czyli dobra mina do złej gry.

na pewno warto?


lepiej udawać, że wszystko ok, czy jednak dać znać o swoim niezadowoleniu. wybierając pierwszą opcję zyskujemy święty spokój (ten w otoczeniu i chyba jednak pozorny, gdyż powierzchowny), nie wszczynamy czasem niepotrzebnych kłótni lub sprzeczek ale z drugiej nie postępujemy do końca w zgodzie z sobą choć próbujemy zamaskować swoje urazy, które się pojawiły właśnie podczas złej gry lub gry, której zasady nie do końca nam odpowiadają. czasem może i akcentowanie własnego zdania choćby świeczki nie jest warte. ale może i o takie drobne rzeczy warto nauczyć się walczy, po to by potem także umieć walczyć o ważniejsze. nvm. ;).
zimno na polu! przezimno! arktyka i syberia to przy tym pikuś. zamarzłem czekając na pieroński autobus. no ale trudno. pozostaje tylko mieć nadzieję, że pociąg do którego niebawem zasiądę, udając się na Koniec Świata, będzie ogrzewany. a przy tym nie będzie on sauną ;).



i chyba jestem trochę przewrażliwiony. a może i nie :D.

[...]

piątek, 18 lutego 2011

(286). czyli przerażenie!

i szok głęboki. tuż po obudzeniu się.



budzi się człowiek pośród 5 poduszek otulony ciepłą kołdrą. nie-różową, o której śpiewa beata z bajmu. sprawdzam czy ucho na swoim miejscu, poszukuję po omacku szlafroka koloru blue. na szczęście nie blue velvet. bo to by było lekko niebezpieczne. tak jak średnio mądre było oglądanie tego filmu na sen. ale skoro trzeba - to trzeba.
wygrzebałem się w końcu. nic nie zwiastowało tego, co się ma wydarzyć. pozornie wszystko wydawało się zwyczajnie normalne. prysła owa ułuda wraz z chwilą, w której podniosłem roletę i ujrzałem białość spowijającą wszystko za oknem. przetarłem oczy. przeciągnąłem się z raz jeszcze. nawet uszczypnąłem, że to wszystko jest jednak snem. nie chciały śnieżne czapy zniknąć. 
choć w sumie to dopiero połowa lutego, nie powinienem się wiosny spodziewać. ale jakoś tak minione kilka ciepłych dni zrodziło we mnie pewne nadzieje.


a tu zimno zimowo. jutro zmierzam do krk. tam pewnie nie lepiej. i kto mnie przytuli na pocieszenie jakieś?

[...]

środa, 29 grudnia 2010

(239). czyli rzeczy martwe są złośliwe.

szczególnie w kontaktach z osobami żywymi.



po pierwsze i najstraszniejsze. kobiety (żywe) stykające się z rzeczami (martwymi) mężczyzn, powodują ich złośliwość. ich czyli i tych rzeczy i rzeczonych mężczyzn. jo. dziś dotknęła moją ukochaną szklankę. upuściła (szklankę). pękła (szklanka). nie ma (szklanki). i już nie będzie. ani tej samej ani nawet takiej samej. szklankę tę, gównianą z lekka co prawda - bo z maka, do zestawu dołączana - ale zostawił po sobie jakiś czas temu u mnie Bezpłciowy. wiem, dziwny sentymentalizm, ale cóż. pogrążam się niniejszym w czarnej rozpaczy. czekam na kolejna promocje w maku i kolejna wizytę Bezpłciowego. mam nowy cel w życiu!
po drugie. znowu kobiety. znowu rzeczy martwe. ale tym razem te nienależące do mężczyzn. walczyła mama ma w pracy dziś z tonerem do drukarki. uj***ła nim pół biurka, bo coś się z niego zaczęło wysypywać. kamil d. byłby zrozpaczony pewnie też tym faktem. potem zawezwała mnie na pomoc, bo kto się lepiej zna na sprawach technicznych niż nie gej. (choć wciąż jeszcze siedzący w szafie). sukces został osiągnięty. i nie usmarowałem się jak kominiarz. :D
i trzy. i tu nie będzie żadnych kobiet wreszcie :D. tu będzie za to mój ukochany i najpiękniejszy pan dentysta. śniło mi się, że leczył mi zęby w samych bokserkach. kolorowych oczywiście. podreptałem więc radośnie do gabinetu licząc na ziszczenie się marzeń. a tu figa! ani skrawka majtek! uraczył mnie za to mało przyjemnymi narzędziami. i to mężczyzna mężczyźnie ten los zgotował! (za pomocą rzeczy martwych, złośliwie pewnie ból mi sprawiających).


i zimno. i biało. i ślisko.

i ukłony i podziękowania wraz z pozdrowieniami dla Tahoe&Yomosy. Wy już wiecie za co!

[...]

wtorek, 28 grudnia 2010

(238). czyli breslau zasypany.

a spychacze jeżdżą i śnieg usuwają.



jest też ślisko. i generalnie jednak biało. ale tyle wieści pogodowych. basta. stop. najpierw to się trzeba tam z Końca Świata dostać. musiał przyjechać pociąg - ten z opóźnieniem. musiało się do niego wsiąść. a żeby wsiąść, to drzwi się musiały otworzyć - a otwierały się tylko jedne w składzie, bo reszta mechanizmów zamarzła. eh te niezawodne ezt. ale chociaż było piekielnie gorąco - gdy pociąg stawał na stacji, bo potem pęd wszystko i tak wywiewał. skutki - tylko 37 minut opóźnienia na trasie, która trwa minut 65 wg rozkładu.
miał czekać ktoś na peronie. me niedoczekanie. ten też się spóźnił. minut 10. (potem się okazało, że nawet nie pomacha mi na pożegnanie. no cóż. zapamiętam sobie. zachowam się podobnie przy najbliższej okazji. Brylantyno! miej się na baczności).
ścieżkami wydeptanymi w śniegu, pośród zasp, pół wrocławia schodziliśmy, dwie galerie, aptekę nawet; także puby zamknięte i kioski, w których nie sprzedają biletów mpk. wywieziono mnie tramwajem na kraniec miasta, ale chyba jeszcze miasta, bo mpk tam docierało. a może to mi się tylko wydawało. i koty widziałem. miauczące oraz te leżące i łypiące na mnie spojrzeniem podejrzliwym. chyba nie pałamy do siebie miłością wzajem.
podobno też jestem malkontentem. tak trochę. prawda-li to?


podróże kolejami należy sobie urozmaicać. viva! tylko 99 groszy kosztowała, zatem nie mogłem sobie odmówić. na okładce umieszczono pawła stalińskiego (z matką oczywiście), ale nie o tym teraz. był też wywiad z englertem janem. jedna anegdotka w głowie mi utkwiła, bo gazeta już w śmietniku. znajomy włoch mówił mi: jak może 'amore' w języku polskim oznaczać 'miłość', jak wy macie takie piękne słowo 'cielęcina'. no właśnie, jak?!

[...]

czwartek, 16 grudnia 2010

(217). czyli granda!

po kilkakroć.


po pierwsze. chwalmy bakterie, które zaatakowały brodki gardło, dzięki czemu nie mogła wystąpić w niedzielę, a wystąpi dzisiaj, czego okazję posłuchać będę miał. co prawda, jak donosi Brylantyna, koncert długi wcale nie jest, ale i tak bardzo warto. mam nadzieję, że słowa jego znajdą potwierdzenie i w moich ustach, czy też raczej dłoniach lub palcach.
po drugie. jak donoszą portale co ładniejsi panowie są znowu wolni. co prawda są hetero, ale to drobny szczegół. mowa o zakusiu (szkoda tylko, że tak mało apetyczne foto umieścili) i ryan reynolds (też foto nieładne, ale TU już wygląda oh i ah).
po trzecie. zimno jest. babcia zaleca mi kalesony. ale może bez szaleństw ;].
po czwarte. znowu chciałbym ukręcić głowę kilku osobom. osobom, które nie mają za grosz taktu ani wyczucia formy i treści. w pierwszej kolejności koleżankę z gimnazjum za jej mejla po 6 latach z debilnymi pytaniami, w drugiej koleżankę z krk za zaproszenie na jej urodziny zaczynające się od 'może byś wpadł (...)' impreza niby w sobotę, ale nadal nie wiadomo gdzie i o której. o kant dupy organizacje rozbić. jestem zniesmaczony, zażenowany. i w ogóle.
po czwarte. upasłem się jak świnka mała. jest mi z tym źle. a święta idą czas radosnego i beztroskiego obżarstwa. będę radośnie chrumkał.


pan z obrazka pozdrawia gorąco niczym ja, łącząc promyki słońca na te zimowe, białe, zimne, mroźne dni! br!

[...]

sobota, 11 grudnia 2010

(214). czyli grin-piss.

i złoty deszcz.



na krakowskim rynku znowu atakują w zielone kubraczki przywdziane oddziały. raz zdarzyło mi się zapomnieć złej miny przywdziać i szturm na mnie przypuszczono. a że humorek miałem jaki miałem, czyli lekko bojowy, bo padał śnieg a ja zapomniałem parasola, postanowiłem się brzydko zabawić. pewnie spłonę w wiaderku smoły polewany przez jakiegoś mefisto, ale co tam :D.

grinpiss: czy podpiszesz może... [i tu wyłuszcza sprawę, a ja wciąż jestem w szoku, że ledwo mnie dojrzał, a już jesteśmy na 'ty'].
max: no nie wiem... [i maszeruję dalej przez rynek, a koleś do mnie mówi].
grinpiss: to jak? mogę liczyć na podpis?
max: eee. a mógłbyś powtórzyć na co one, bo się jakoś wyłączyłem zaraz po tym jak zacząłeś mi o tym opowiadać?
[grinpiss niezrażony zaczyna znowu dziamgać, a ja przewracam oczyma. on wyciąga listę].
grinpiss: podpiszesz?
max: nie.
grinpiss [tym razem lekko zawiedziony]: dlaczego?
max: bo mi się nie podobasz.
[mina grinpissa bezcenna, a ja, olawszy sikiem prostym ważną sprawę, zdążam dalej za swymi sprawunkami do rossmana].
może wreszcie przestaną mnie zaczepiać.


poza tym naprawdę pada śnieg, ale to już chyba mówiłem. udało mi się posprzątać też wreszcie; teraz czas na obiad. czy jest na sali jakiś kucharz?
i parę innych rzeczy; o tym potem.

[...]

wtorek, 7 grudnia 2010

(211). czyli wracam.

wracam, bo nie chcę, by Brooke, z nadmiaru popcornu nam się rozpękła. wracam, bo nawet Sansenoi porzucił obżeranie się czekoladkami i zaczął na nowo pisać bloga swego odblokowując dni kilka temu. wracam, bo Tahoe obiecał mi jakieś cuksy lub pierniki. wracam, bo Yomosa każe mi się łejk-ap'ać. nie mam wyjścia zatem.  marudzą wszyscy, dziury w brzuchu wiercą. wracam. wracam, bo w sumie odpoczywanie mnie zmęczyło już i pisać mi się coś zachciewa. no.


sen zimowy swój streścić miałem. w punktach chyba będzie najsensowniej, gdyż cośtam się jednak działo, a nie chce by ktokolwiek wątek po drodze gdzieś stracił i zgubił się w treści mych wywodów pokrętnych. a chronologicznie to raczej nie będzie.

a) uwielbiam podsłuchiwać rozmowy przypadkowe. czasem też zaglądam w tramwajach ludziom piszącym smsy w ich komórki, choć tam zwykle nic nie wyczytuję, to jednak coś mnie zawsze kusi. podsłuchiwanie jednak nie łączy się z wytężaniem słuchu. to raczej wina, tych co się za głośno produkują. wychodzi im to czasem dość zabawnie, choć bezwiednie. dwa minione dni, dwa dialogi - czy raczej tylko wymiana zdanie za zdanie - osoby te same co do zasady; Chłopiec, Z Którym Mogło Wydarzyć Się Więcej (CHZKMWSW) i jego koleżanka, czyli jakieś mniej ogarnięte dziewczę (DZ) z mych studiów, lat około 20.
(wczoraj)
DZ: cześć, co tam?
CHZKMWSW: nic, katar mam.
(dziś)
DZ: co tam?
CHZKMWSW: nic, miałem wczoraj nudności.
przy czym sam Chłopiec jest dość neurotycznym i lekko bardzo przegiętym stworzeniem, głos odpowiednio modulującym i ilekroć go słyszę, szczególnie przy okazji dialogów spontanicznych, uśmiechu serdecznego opanować nie mogę.

b) zima zawitała do krk. tzn. powoli już znika z powodu ciapiącego z nieba deszczu, ale uwierzcie - było biało. latałem z parasolem po śniegu w trampkach. znaleźć buty zimowe graniczy z cudem. szczególnie w grudniu. (tak wiem, powinienem mieć je zakupione już w październiku przezornie). zasypało było wszystko doszczętnie. a ja chodzę i szukam. i szukam. jednak galeria, druga, trzecia. sklep za sklepem. te zbyt trampkowate, te mają za cienką podeszwę, te nie są ocieplane, a przede wszystkim żadne mi się nie podobały. 
i kupiłem pewną parę. po 3 dniach oddałem, bo były zbyt mało zimowe. zamówiłem kolejną parę w innym sklepie - ale rozmiar był nie taki jak powinien - zrezygnować musiałem. i całe szczęście, bo od chwili zamówienia do ich obejrzenia po raz drugi zdążyły mi się odpodobać. aż wreszcie wczoraj spontanicznie całkiem udało mi się upragnione nabyć. chadzam w nich po mieście już. zatem oddawać tym razem nie zamierzam. i tak już w połowie krakowskich sklepów pewnie funkcjonuję na liście 'tych klientów nie obsługujemy', bo tylko kupuję i zwracam i kupuję by zwrócić i tak w kółko. dobrze, że mam na to zawsze owe 28 czy 30 dni. źle, że trzeba to za każdym razem do sklepu samemu odnosić ;)

c) odchamiłem się troszeczkę. jeśli to w ogóle w moim przypadku było możliwe. w niedzielę z jo. oraz jej rodzicielami udałem się na koncert turnaua. nie licząc mrozu przed wpuszczeniem do klubu - in plus. wczoraj z kolei z McQueenem zaliczyłem anię de. wszystko fajnie, wszystko cacy, jak tylko można zrobić jej koncert siedzącym oraz jak można tak masakrycznie spierdolić aranżację 'nigdy nie mów nigdy' wie chyba sama artystka. z lekka jestem zbulwersowany, ale po wylaniu złych emocji tu nawet mi ulżyło. i pan co na trąbce sobie grał, był całkiem ładnym panem.

d) owszem przez minione dni miewałem zły humor i nie wahałem się go używać. dla higieny czyniłem to poza wirtualną rzeczywistością. dziś mam zadziwiająco dobry. dziwnie mi z tym. ale chyba nawet przyjemnie.

e) wbrew zapowiedziom i przewidywaniom odwiedził mnie jednak czerwony i brodaty. albo jakaś piąta kolumna, gdyż same słodkości znalazłem w paczuszce okolicznościowej. tymczasem bardziej niż uczta dla ciała (gdyż dieta, ah dieta. koniec z hurtem czas na detal. byle tylko nie słodki), złaknionym uczty dla ducha, a tymczasem książki mam otrzymać dopiero pod choinkę. a książki oczywiście o gotowaniu, by choć oczyma się na jeść, ręką za brzuch bolący z obżarstwa świątecznego się trzymając. ale to dopiero przede mną za tygodnie dwa albo coś w okolicach.





f) zmierzch też widziałem.


i zaraz się biorę do nawiedzania Was :D

[...]

poniedziałek, 6 grudnia 2010

(210). czyli sen zimowy.

a wstanę już niedługo. wstanę na dobre. chciałem wstać dzisiaj, ale oczywiście się nie udało to do końca. wciąż gdzieś tam w głębi śpię. 
gdy już wstanę, opowiem co mi się śniło. połowa zimowego snu już na pewno za mną.


tymczasem - mając nadzieję, że dostaliście coś więcej niż rózgę - przewrócę się na drugi boczek.



i nie mordujcie mnie, Wy niecierpliwi, za to.

[...]