Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakupy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakupy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 lipca 2012

(665). czyli romans romans romans.

tylko u licha po co.


wprowadza to tylko zamęt w me spokojne i uporządkowane życie. i tak nic z niego nie będzie, bo mi się nie chce. pewnie znowu ktoś się przestanie potem do mnie odzywać, ale cóż na to poradzić, iż jestem zachowawczy, niespieszny, niezdecydowany etc.
owszem miło jest spacerować bez celu po dziwnych zakątkach krk, miło jest spożywać napoje procentowe nad wisła, miło także jest popełniać nieobyczajne wybryki z powodu przepełnionego pęcherze tamże. miło wiedzieć, że ktoś super całuje, szczypie i działa na ciebie wystrzałowo. miło. miło nawet że też interesuje się koleją, tramwajami i innymi takimi dziwnymi reliktami epoki poprzedniej. miło też moknie się wspólnie uciekając przed burzą na przystanek, a potem odpoczywa na łóżku z kotem (którego chciałem zabić na dzień dobry, gdyż takowych nie cierpię). można się także - będąc miłym - poświęcić i ubrać białe soxy. czemu nie. tylko czemu u licha te całe mizianie, gmeranie, dyzianie nie działa na mnie nic a nic? bo to pewnie nie ten. daję sobie jeszcze kilka dni i ukręcamy romansowi głowę. choć może łatwiej byłoby ukręcić główkę. całkiem pokaźną w sumie.
do tego dorzucić można jeszcze dwóch absztyfikantów dobijających się na portalu. każda pojawiająca się czerwona chmurka z powiadomieniem przyprawia mnie o nudności. jest z jednej strony interesująca, ale z drugiej - drażniąca. niech oni wszyscy idą w cholerę. mi chyba najlepiej jest być silnglem. przynajmniej w tym momencie życia. 
a co się przyjemnego zdarza, niech się nadarza, ale niech nie rodzi konsekwencji. chyba. nie wiem. nie oni w każdym razie.
ten, który mógłby kiedyś zrodzić konsekwencje dziś wkurwił mnie nie miłosiernie. bo oczywiście ja o jego romansikach i pseudozwiązkach dzielnie słuchać powinienem i porad udzielać, natomiast gdy ja zmarudzę na otrzymana zaproszenie 'na budyń' od razu powietrze robi się gęste że można je kroić. (a jutro minie rok odkąd się widzieliśmy ostatni raz...) 




do tego kraków jest mały, a świat zły. i nawet zakupy nie pomagają.

[...]

poniedziałek, 25 czerwca 2012

(661). czyli sale-srale.

marność, marność marność.


w sobotę przy okazji czynionych (z sukcesem o dziwo) z Lakmusowym łikendowych poszukiwań podarku na McQueenową parapetówkę, mieliśmy okazję do - plotek co oczywiste, ale także - spenetrowania sklepów ubraniowych. bieda z nędzą. nadzieja na pojawiające się powoli sale też okazała się płonna. coś-tam owszem było, ale oczywiście nie to co powinno, lub nie za tyle co powinno, by skromnej studenckiej kieszeni odpowiadało.
znalazłem cudowne szorty. och i ach. przeglądałem dzielnie wieszaczek w poszukiwaniu swego rozmiaru. jedno 36, drugie, trzecie, czwarte, piąte. w końcu trafiłem na swoje 38. radośnie je chwyciłem i pobiegłem do przymierzalni. poprzeglądałem się w lusterku. i w sumie bez szału. zrezygnowałem. pół niedzieli chodziłem potem struty że jednak ich nie kupiłem, obiecałem sobie nadrobić w czasie najbliższym te zakupy.
dziś zatem wybrałem się do innych galerii na poszukiwania. i co? i oczywiście nic. wiszą sobie spodenki, rozmiary: 29, 32, 33 i wzwyż w talii. a gdzie jakiś mój numerek? oczywiście wszystko źli ludzie rozkupili.
z innych ciekawostek wypatrzyłem koszule kroju slim fit w rozmiarze xxl. s mojego oczywiście też nie było.



i nie można nie przyznać Keramowi racji. powyższa piosenka z płyty bright light bright light jest najlepsiejsza.

[...]

sobota, 21 kwietnia 2012

(639). czyli poza mną.

wszystko i wszyscy.


a wystarczy po prostu zapomnieć zabrać ze sobą z domu telefonu. cudowne uczucie. nikt nie nęka, nic nie wibruje w kieszeni. cisza spokój.
wybrałem się porankiem w końcu w odwiedziny do galerii. koszule poszukiwane, trampki poszukiwane, ładne coś co w oko wpadnie też poszukiwane. wszystko w sumie poszukiwane było. zdreptałem ekspresem w sumie 3 centra handlowe uciekając przed budzącymi się i je nawiedzającymi ludźmi. wszak nie jest moją ulubioną czynnością stać w kolejce do przymierzalni i kas. efekt całkiem zadowalający - koszule 2 i sweterek (oczywiście wszystko z niebieskimi akcentami lub w niebieskim odcieniu, bo trzeba swe śliczne oczęta jakoś podkreślać) i jeszcze - w końcu - okulary przeciwsłoneczne. i najważniejsze - znalazłem wreszcie me ulubione płatki. kosmetyczne czy jak je te zwał. w każdym razie waciki. jestem przeszczęśliwy. kupiłem aż 2 opakowania :D
zakupy bonarkowe zeszły mi prędzej niż zakładałem i do czasu pojawienia się autobusu miałem dobre pół godziny. powygrzewałem sobie kości na ławeczce na dworcu kraków bonarka. perony zarośnięte, ławeczki pamiętają jeszcze towarzyszy, cisza spokój, ptaki i nic wokół. wszyscy gdzieś pędzili prócz mnie. cudowne uczucie. w końcu. szkoda tylko, że żaden pociąg nie chciał obok przejechać ;).



no i lecimy!

[...]

sobota, 24 marca 2012

(627). czyli zakupowy ciąg.

jest bardzo niebezpieczny.


a latam po sklepach od początku tygodnia. już zdaje się że na rozmiarówkę narzekałem, to w tej kwestii powtarzał się nie będę, choć to bardzo kuszące. choć zdaje się, ze problem może też drobny leżeć po mej stronie. mianowicie po stronie mego brzuszka, ale to może przemilczę, bo z tego co wiem to nikt prócz mnie w jego istnienie nie wierzy.
pn - galeria krakowska i kazimierz, wt - m1 i plaza, cz - bonarka, pt - krakowska, sb (dziś) - kazimierz, plaza i m1 :D. nie wiem co mnie opętało, chyba wizja pustek w szafie i nadchodząca wiosna. efekty niby jakieś są, ale wciąż marne i wciąż nie ma tego, za czym najbardziej chodzę - płaszczyka i trampek. grr! mam za to poszukiwaną od 5 lat zwykłą szarą bluzę z kapturem, sweterek błękitny i parę innych rzeczy. część z nich pewnie do zwrotu. ale tak to już z moimi zakupami bywa, żem bardzo zmienny :D.
widziałem się dziś na śniadanio-obiedzie z McQueenem. plotki plotkami. fakty faktami. pewne z nich zostaną upublicznione niebawem gdzieś u mnie, jeśli sam zainteresowany łaskaw zrobić tego nie będzie :D. no i w końcu udało się mi dzięki niemu spokojnie poczłapać wzdłuż wisły i złapać ciut wiosennego słońca.



a jutro, jutro może do jakiejś galerii?

[...]

wtorek, 20 marca 2012

(625). czyli między S a M.

nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni zapewne.


wybrałem się do sklepów na poszukiwanie wszystkiego. no prawie. na liście widniały koszule, trampki, sweterek cienki w serek, spodnie, płaszczyk wiosenny i tradycyjnie już jakaś kolorowa bielizna. przemierzyłem całe dwie galerie, całych bodaj pięć sklepów. w przymierzalni wylądowałem tylko w jednym z nich. i to bynajmniej nie z powodu sprzedawcy. szwędając się pomiędzy stojakami udało mi się nazbierać całe naręcze wieszaków. były koszule, na przykład. wszystko fajnie wszystko pięknie. tylko czemu rozmiar M ma rękawy za długie i jest zbyt szeroki wokół szyi, a rozmiar S za wąski w ramionach, uwiera pod szyją, ale ma idealne rękawy? czemu szyją takie niewymiarowe ubrania :< zatem żadna z 6 koszul nie przeszła weryfikacji. spodnie mi się po drodze odpodobały. kupiłem marynarkę. nie wiem jeszcze po co, nie wiem czy mi się podoba, grunt że rozmiar dobry i wygląda nie najgorzej. 30 dni na zwrot. bo a nóż znajdę jutro ładniejszą :D.
dobrze, że choć w kancelarii był całkiem wystrzałowy dzień ;)



biznesowo i zawodowo poniekąd widziałem się wczoraj z lakmusowym na kawie. gdy całkiem przyjemna rozmowa trwała w najlepsze, gdy dochodziła godzina 21, gdy lokal stawał się coraz bardziej pusty, nagle zgasło światło. takiej okazji nie można było zmarnować i błędnie odczytać. wszak w takich sytuacjach należy czym prędzej powstać z zajmowanych miejsc i udać się do domów. wszak i obsługa chce mieć w końcu wolne.

[...]

sobota, 25 lutego 2012

(612). czyli w wiecznym mieście poranek.

lub po polsku a nie po krakowsku mówiąc: wietrznym mieście.




chyba mój organizm przestawił się na amen na tryb wstawania wczesnego, roboczego i nie odróżnia już łikendów. dziś sam z siebie obudziłem się przed 8, powierciłem się, poprzewracałem z boku na bok. wystawiłem jedną nogę spod kołdry na świat, potem ją schowałem. to samo uczyniłem z nogą drugą. niczego innego nie wystawiałem. finalnie jednak wstać postanowiłem ogarnąć się etc, wszak skoro spać się nie chce to po co gnić w łóżku. samemu.
tuż po 10, w kilka minut po otwarciu, byłem już w budzącej się do życia galerii. w pół godziny obleciałem wszystkie interesujące sklepy, nic w nich nie znajdując prócz zaspanych sprzedawców. też żadnego ładnego nie wypatrzyłem, nawet mego ulubionego pana w spf. 
zastanawiam się czy osoby o rozmiarze xxl w ogóle nie kupują ubrań. zawsze tyle rzeczy w tych rozmiarach zostaje na wieszakach. przewalając bokserki, na ze 20 par, chyba tylko 4 były w innych rozmiarach. i to by najmniej w żadnym mi odpowiadającym...
na pocieszenie udałem się na poranną kawę z Lakmusowym do lokalu z widokiem na miasto nieco z góry. 



a wiatr nadal wieje, oby przywiał trochę choć wiosny.

[...]

poniedziałek, 30 stycznia 2012

(596). czyli spodnie.

i inne takie trudne do wybrania rzeczy.


ile to razy zdarza się nam widzieć na kimś jakąś cudowną parę czy to spodni czy to butów, czy egzemplarz czegokolwiek innego. ile razy zdarza się nam w tym czymś zakochać i tego pożądać wielce. jest tylko szkopuł pewien, nie znamy ani marki ani tym bardziej modelu. krążymy więc po omacku po galeriach, sklepach, rozglądamy się dzielnie, pytamy, marudzimy, byleby tylko upolować wymarzony okaz.
marzą nam się spodnie (mi się właśnie marzą), cudownie zwężane, z lekko oryginalnym szwem, biodrówki koloru dżinsowoniebieskiego. i znajdujemy cudowne. zauraczamy się nimi i w garści je dzierżąc pędzimy do kasy. troszkę odbiegają jednak od naszego ideału. kolor szarawy, szew jak wszędzie, ale mają za to cudownie wszyte kieszenie. prawie tak świetne jak te, które nam od dawna po głowie chodzą. płacimy.
po powrocie do domu wyjmujemy z torby, oglądamy przymierzamy. okazuje się, że jednak nie pasują do koncepcji zestawu ciuchów, który byłby taki cudowny z tymi niebieskimi spodniami. w sumie to i te kieszenie to tylko powiększają pośladki. a nie o to chodziło. z lekkim skonsternowaniem przeglądamy się w lustrze, zdejmujemy je  z siebie i odkładamy do torby. i rozpoczynamy nerwowe poszukiwania paragonu, czy jednak nie zaginął, czy nie wywiał go wiatr. wszak jest 30 dni na ich zwrot. ufff. jest! 
szkoda tylko, że nie zawsze, nie każdy produkt możemy oddać. te najbliższe ciało zwrotowi ani wymianie nie podlegają. warto podejmować roztropne i przemyślane decyzje i pokusy i wszelkie przejawy spontaniczności schładzać. bo po co potem marnować czas na zwracanie lub zapychać sobie szafę produktami niepotrzebnymi.
ale czasem też zdarza się, że te najbardziej przypadkowe i mało przemyślane zakupy prowadzą do nabycia rzeczy, z którą potem jest nam trudno się rozstać i którą nosimy z największą radością. mimo swego początkowe sceptycyzmu wyrażanego jeszcze w sklepie, a czasem i przez pewien czas w domu.
i weź tu bądź zakupowo mądry!



i byle do piątku. i byle do wiosny!

[...]

czwartek, 26 stycznia 2012

(591). czyli różowy sweterek?!

dla mnie?!


nawiedziłem przedwczoraj przypadkiem galerię. ot udało mi się wcześniej wyjść zza mego wielkiego biurka, a że galeria tuż tuż, to podjąłem jedną z niewielu spontanicznych a ważkich decyzji - na zakupy! całość oczywiście udało mi się oblecieć w pół godziny. zwykle nic nie kupuję, bo nic mi się - oczywiście - nie podoba. tym razem było inaczej. trochę się do poszukiwań wytężonych zmusiłem w sumie, wszak to miał być zaległy gwiazdkowy prezent. ważne, że skutecznie. 
krążąc tak sobie wylądowałem w spf. oglądam sweterki rzeczone, cała gama kolorów, a że szukałem ciemniejszych do przymierzalni porwałem ciemnoszary. ot by zbadać czy s czy m. o dziwo s było nawet luźne, więc drugiego nawet nie mierzyłem. gdy oddawałem niepotrzebny sweterek przemiłemu panu, by go odłożył na półkę, zasugerował mi ów, że jest promocja i drugi sweterek okazyjnie, bla bla bla. stałem więc jak to ciele przy regaliku pełnym malowanych sweterków i się gapiłem. a pan doradzać próbował. pierwsze co zasugerował to był kolor różowy, i to pytanie 'a możę teeen?', i ten nadgarstek wygięty wskazujący na ten kolor. (ciekawe czy to było badanie mej orientacji, czy może aż tak spedalenie wyglądałem, że stwierdził, że tylko róże noszę. już mu miałem powiedzieć, że tak kolorową to tylko bieliznę noszę, a inne elementy garderoby raczej kolorów spokojnych, ale się powstrzymałem. chyba niestety). w końcu stanęło na śliwkowym, gdyż też był mało intensywny w barwie. w sumie 2 sweterki w cenie jednego. mama się cieszy, ja się cieszę. wszyscy się cieszą. szkoda tylko, że pana ze sklepu na żadnym portalu nie mogę znaleźć ;]. 
znalazł mnie za to i zaczepił na kumpello sprzedawca z innego sklepu w tejże galerii. ale to akurat nie mój typ, więc przykro mi :P.



oczywiście pada śnieg, a ja nie wziąłem parasola ;/.

[...]

czwartek, 29 grudnia 2011

(565). czyli dziwne dziwności.

nawet bardzo dziwne.


na początek dwie głębokie refleksje. i bardzo krótkie w swej głębokości - 1) baby są jakieś inne; 2) geje są jakieś inne. inne i dziwne w sumie. skąd też się bierze w ludziach nadmiar pokładu zazdrości i braku zaufania i niechęć do pozwalania sobie na bycie szczęśliwym. skąd się bierze chęć do zatruwania sobie szczęścia szukaniem i prowokowaniem nieszczęścia. tego nie wie nikt, prócz samych czyniących to właśnie. ale widać pewnych spraw rozumieć nie muszę.




wysłano mnie dziś na zakupy do auchan. myślę sobie, spoko loko, po świętach jest, ludzie się spłukali, poobżerali, więc w sklepach ich nie będzie. poza tym godzina południowa, środek tygodnia. co najwyżej sami emeryci będą. i byli. ale nie oni jedni. parking pełen, sklep pełen, kolejki wężykiem się wiją. koszyki pełne. kryzys w pełni jak widzę ;). 
dłużej stałem w kolejce do kasy niż pakowałem produkty do koszyka, pół sklepu z wózkiem objeżdżając. i jeszcze dopadła mnie w jej jakaś stara baba, co coraz to coś zagadywała. omal nie oszalałem. już wiem, że miała kość biodrową połamaną i składaną, wiem w jakim szpitalu i u jakiego lekarza, wiem gdzie się urodziła, gdzie leży jej mąż i parę innych rzeczy. brrrr.!

[...]

niedziela, 25 grudnia 2011

(562). czyli świąt dzień pierwszy.

w klimacie wciąż rodzinno-kulinarnym.


śniadanie zjedzone. ciasto po nim takoż. teraz trochę żołądek pocierpieć musi. ja pewnie wraz z nim słuchając i opowiadając. ale mimo tych narzekań wszelakich, to jednak te całe święta lubi. a co. zdaje się, że podobnie jak Ajs, mam zamiłowanie do masochizmu :P.
wczorajsza domowa wigilia, z prywatnymi dziadkami wypadła przyjemnie, rodzinnie, naturalnie i smacznie. pominę może - nie trafione tym razem - prezenty. jak to dobrze, że można je w 30 dni od zakupu oddać ;). cóż, muszę mamie przypomnieć, że moje sweterki nie powinny mieć takich wzorków, jak te kupowane memu dziadkowi :D. a również i torba, którą polowałem sobie w krk, przed świętami, nie przypadła w efekcie nikomu do gustu, zatem już została zwrócona :D. 
druga wigilia z ciotką, kuzynem mym ukochanym, i złą babcią upłynęła cicho i milcząco oraz sztywno co do zasady. taki urok corocznych spotkań lepionych lekko na siłę. ale z tradycją się nie walczy. dostałem od złej babci też prezent z okazji... obrony pracy magisterskiej. miło. szkoda tylko, że na bileciku na torbie było napisane imię mego kuzyna. ale może nie powinienem się czepiać ;). 



poza tym, to chyba dwunastą potrawą na stole powinien być... espumisan :D.

[...]

wtorek, 20 grudnia 2011

(557). czyli kapusta, cebula i naftalina.

czyli święta naprawdę już za pasem!


starsze panie masowo wylęgły się, ze swoich szaf powychodziły, przywdziały swe piękne futra naturalne, z norek, szynszyli i innych ukochanych przez joanne krupę zwierzątek, uszminkowały intensywnie usta, na policzki nałożyły róż, popryskały się intensywnymi i duszącymi perfumami marki 'opium' lub 'masumi' i wsiadły do autobusów. i tak sobie nimi podróżują. na targ, po karpia, do marketu. czort raczy wiedzieć po co jeszcze i dokąd. jednak ich maskarada nie jest w stanie ukryć prawdy. żadne opium, żadna szminka, tylko czosnek, cebula, kapusta, dusimy, smażymy, pieczemy. i tylko to o każdej porze dnia w autobusach można wyczuć.
co prawda czuć jeszcze napięcie przedświąteczne, czy zdążymy ze wszystkim, a tyle do roboty, a ciocia to, a kuzynka tamto. i plotki, wszystkim przy okazji tych świąt tyłki poobrabiają. święta to rodzinnie bardzo niebezpieczny czas ;).
kolejny cudownym na dzisiejsze dni miejscem są tłoczne galerie handlowe, gdzie wszyscy pędzą i szukają na urwanie głowy i złamanie karku prezentów. albo chcieliby pędzić, a pędzić nie mogą, gdyż przed nimi na wyyyysoooookich obcasach drepta blond dziunia, która z trudem utrzymuje równowagę przy każdym kroku, bo podłoga za śliska, bo obcas za wysoki, a głowa pusta. eh cóż poradzić. dłuższe tipsy dla lepszego balansu ciała.
i właśnie w męki człapania się po takich przybytkach wrobiła mnie własna rodzona matka, która umyśliła sobie, że pod choinkę kupi mi teczkę/torbę. taką ciut poważniejszą. wszystko fajnie, ALE ponieważ nie wie czy trafi w mój gust, to bym wybrał co mi się najbardziej podoba, muszę poszukać jej sobie sam. wszystko fajnie, ale u licha, czemu mówi mi o tym teraz a nie 3 tygodnie wcześniej?! z kobietami... ;)
a w krk pogoda dziś iście cudowna. słoneczna, mroźna, zachęcająca do spacerów. nie omieszkałem skorzystać. szkoda, że sam, ale choć dzięki temu nie stracę głosu od produkowania się na mrozie ;].



a Yomosie dzięki składam :*

[...]

wtorek, 15 listopada 2011

(527). czyli cicho, pusto.

i głucho.


od początku listopada siedzę sam w mieszkaniu, gdyż moja współlokatorka najpierw bawiła w ciepłych krajach, a po powrocie z nich pojechała do siebie do domu i tam się kuruje na jakieś przeziębienia. a ja budzę się sam (to nawet i jak ona była, miało miejsce :D), kawę robię sam i wszystko inne robię sam. gdzieśtam kogoś na mieście dopadnę. chwalę pod niebiosa internet i czające się w nim dobre dusze.
tym puściej, że w łikend było przyjemnie pełno. a skoro do łikendu mi się dotarło, wspomnieć muszę to co obiecałem. yomosa bezkonkurencyjnie dokładnie, z uśmiechem na twarzy i radością w sercu oraz wielką gracją zmywa naczynia! podziwiam szalenie, ja tego czynić nie cierpię!



marudząc na koniec: poszukuję płaszcza. ktokolwiek widział. ktokolwiek wie.

wtorek, 8 listopada 2011

(523). czyli do stu razy sztuka.

a może nawet do 101!


poszukuję - czy raczej poszukiwałem po części - trzech ważnych rzeczy do życia na najbliższy czas mi koniecznie potrzebnych. a dzieje się to od ponad tygodnia.
1. szpinak mrożony w liściach. towar zdaje się deficytowy w całym krk. odwiedzałem w łikend różnorakie sklepy żywnościowe, zaglądałem z nadzieją do zamrażarek. i nic. był szpinak, owszem, ale. albo już w sosie śmietanowym - po kiego grzyba mi dodatkowa chemia? albo już w formie rozdrobnionej. czyli mówiąc po ludzku w formie papko-sraczki za przeproszeniem. ani to to wygląda. ani smakuje. wczoraj wreszcie sukces osiągnąłem. zielone dobro spoczywa już w mej własnej zamrażarce. potem dobre różne takie tam z jego udziałem powstaną.
2. cynamonowa kora. wszędzie nic ino mielony. nie wiem co więcej napisać jestem prawie załamany ;).
3. buty jesienne. to chyba najgorsza sprawa. choć sklepów z butami na pęczki wszędzie, to jednak mój dziwny gust jest jeden jedyny i niepowtarzalny. i trudno go zadowolić. chodziłem niemal co dzień po galeriach, licząc że za którymś razem, po kolejnej wizycie w tym samym sklepie, któraś z par butów jednak się do mnie uśmiechnie lub choć oko puści. nic. galeria jedna, druga, trzecia, piąta. nic. aż wczoraj stał się cud. spodobał mi się jeden model. z radością pognałem do pani sprzedawczyni z zapytaniem o mój rozmiar. i już witałem się z gąską, gdy okazało się oczywiście że 42 nie ma. damn. jak się dziś okazało, dobrze, że nie było. dziś po kolejnej gehennie znalazłem inne ładne. w dodatku tańsze. i pan sprzedawca był nad wyraz miły, choć i nad wyraz bez wyrazu. nie podbił mego serca.



z napoczętego kiedyś cyklu łowię w środkach komunikacji miejskiej; jadąc dziś autobusem dość pustym, dane mi było siedzieć. zagapiłem się bezmyślnie przez okno. aż wreszcie na kolejnym przystanku wsiadł całkiem ładny chłopiec. zmierzyłem od stóp do głów. okazał się mniej ładny niż na pierwszy rzut oka, zatem wróciłem do rzucania okiem za okno. w pewnym momencie jednak spojrzałem i na niego, stał na przeciw mnie. i gdy tylko przeniosłem swój wzrok na niego, ten gwałtownie obrócił głowę, pokrywając się rumieńcem. ciekawe jak długo się na mnie gapił. uśmiechnąłem się pod nosem i przed jego nosem przeparadowując, na kolejnym przystanku wysiadłem.

[...]

sobota, 5 listopada 2011

(519). czyli to już ostatnie chwile...

to już ostatni podrygi.


zgodnie z zapowiedzią, drogi krikrakrenie. obwieszczam koniec. taki prawdziwy. koniec jesieni. nie ma słonka dziś. zrobiło się niemiło i niespacerowo. (choć prognozy na przyszły tydzień napawają optymizmem). stąd też odwiedzam dziś tylko markety. w dwóch już byłem, zaraz wybieram się do kolejnych dwóch. trzeba zapasy przed zimą jakieś małe choć zrobić. a także coś nowego na patelni spróbować stworzyć na obiad. tym razem bezmięsnego, a całkiem konkretnego w smaku. smaku pleśniowoserowo-brokułowego z makaronem. jeśli się powiedzie, nie omieszkam się pochwalić; jeśli nie - sprawę przemilczę.
jeśli macie jakieś proste pomysły na potrawy z makaronem, piszcie, zdradzajcie. a nóż się skuszę i pobawię w kuchni :D




no i może buty znajdę też. ale tych w krk jakoś nie ma nigdzie :(.

[...]

piątek, 4 listopada 2011

(517). czyli dziwa!

tudzież 'dziwy'.


w dodatku łóżkowe i o poranku. świat staje na głowie. to wszystko przez zmianę czasu. albo przez poranne i nocne cudowne mgły w krk. a może poprzez słońce zaglądające rano przez okno. czort jeden wiedzieć raczy.
mając na 10, budzik dzwoni pierwszy raz o 08.08, potem co 7 minut do skutku. i zwykle wywlekałem się tak by mieć pół godziny na przywołanie się do porządku i wypicie kawy oraz dobiegnięcie na autobus. od kilku dni budzę się sam o 7. wyspany. to jest przerażające. to się nigdy nie zdarzało. nie wiem jak mam to rozumieć i co w związku z tym ze sobą zrobić. zatem póki co przekręcam się na drugi bok i zmuszam do zaśnięcia. póki co - skutecznie.
i żeby nie było, wcale nie chodzę spać zaraz po wieczorynce, tylko tradycyjnie w okolicach północnych.



i czas na na dawno nie czynione wizyty w galeriach dziś. choć wolałbym na spacer przez jesienny park pójść, to jednak wyląduję w galerii, gdyż jeśli tego nie uczynię, gdy przyjdą chłody nie będę miał w czym chodzić. ino w trampkach, a to za przyjemne chyba nie będzie.

[...]

wtorek, 6 września 2011

(466). czyli załamany i zdruzgotany!

dzisiejszym egzaminem.


wszystko legło w gruzach. a do tej pory było tak pięknie. semestr letni piąteczka do piąteczki i tak w kółko. a teraz?! nie wiem jak się w domu pokażę. nie wiem jak spojrzę w lustro. świat się zawalił. jak ja mogłem sobie na taką wpadkę i blamaż pozwolić. bang-bang. w główkę tylko pozostaje. eh. wstrętne 4.5 :P. w piątek już tak nie mogę wtopić!!!
ale dziś obiecałem sobie posta bez marudzenia (hahaha). a zatem będę poszukiwał radosnych aspektów w tym co się dookoła mnie dzieje :D.
1. remontują klatkę schodową, wymieniają jakieś okna i inne cuda. w każdym razie tłuką się nie miłosiernie. ale kto się tłucze? jak się przyjrzeć to jest to baaaaardzo ładnie zbudowany pan, z szerokimi plecami, umięśnionymi ramionami, opalony wspaniale. może i się by on mógł dotłuc do mego pokoju ;).
2. dooobra, nie umiem nie marudzić chyba :D zatem zaprzestańmy tego naciąganego procederu bycia niemarudzącym :D

po egzaminie dziś, jak i wczoraj w sumie, coby lekko przywyknąć na powrót do krk, odwiedziłem także po jednej galerii. tradycyjnie nic nie kupiłem, bo nic mi się nie spodobało, ale też i niczego nie szukałem konkretnego :D. jedyne co chodzi za mną od dłuższego czasu to czerwone trampki. no ewentualnie turkusowe. ale to by trzeba przysiąść, poprzymierzać, a w tym celu to trzeba buta własnego zdjąć :P leniwy jestem :D.
spacerki o porannym chłodzie zdecydowanie lubię, puste miasto także. pusta galeria tylko jest nieco dziwna. aż strach do sklepów wchodzić tuż po otwarciu, bo i szkoda sprzedawców budzić ;).




z serii pieprzenie kotka za pomocą młotka, Była poinformowała mnie że Szyszek mi odpisał, i skarżył się nie brak odpowiedzi z mojej strony. wszystko fajnie, ale ja żadnej pm na fejsie ani na mejlu od niego nie mam :D.  cóż za pasjonująca znajomość się kroi! :DD

[...]

środa, 24 sierpnia 2011

(453). czyli w trosce o...

państwa komfort i wygodę... i co jeszcze do k....y nędzy.








wybrałem się dziś w końcu na jakieś zakupy spożywcze, wszak babcia nie może mnie ciągle karmić, bo to grozi utyciem rychłym (a i tak przez miesiąc pobytu w domu już z 1.5 kg jestem do przodu). auchan mój ukochany bo pakują towar do siateczek i nie trzeba o niczym myśleć. a tu niespodzianka smutna. od poniedziałku, w trosce o wygodę klientów (sic!) pakowania zaprzestali. omal komuś czegoś nie ukręciłem tamże, gdyż specjalnie wybierałem taką kasjerkę, która wzbudzała zaufanie, że ładnie wszystko popakuje, a nie powrzuca do torby. 


co w zamian? oprócz troski i komfortu? może jakieś kasy samoobsługowe, bym sobie mógł wedle uznania powolutku poukładać ładnie? a figa. grrr! kiedyś nie lubiłem poniedziałków, dziś nie lubię środy. poza tym jestem zrozpaczony kulinarnie, moje podniebienie takoż. krikrakren smaka mi wczoraj narobił na kosmicznego kalafiora, a tu ni widu ni słychu :(.











34 stopnie. teraz płynę! 





[...]

piątek, 12 sierpnia 2011

(441). czyli małe rzeczy.


i małe przyjemności. albo i drobne. niech ich znajduje się jak najwięcej. a tylko od nas zależy, ile z nich dostrzeżemy i którym z nich pozwolimy poprawić sobie humor.








wczoraj między wizytą u lekarza (jak on pięknie pachniał!!) a kawą u babci wpadliśmy z mamą do h&m. to nic, że tym razem ona coś sobie kupiła, a ja nic nie znalazłem. na półeczkach i pod sufitem wisiał on! może na zdjęciu ciut innym, ale wisiał. 


zastanawiam się co oni robią z tymi wszystkimi dekoracjami po zmianie kolekcji, bo ja (i pewnie nie tylko ja), bym takie duże wiszące coś przygarnął.










[i udaję, że tekstu fragmentów pewnych nie słyszę ;)]





a jeśli macie 20 minut wolnego to polecam historię miłości marii i jerzego wasowskich.



[...]

poniedziałek, 6 czerwca 2011

(402). czyli literka P.

chyba jej dziś nie lubię.



po pierwsze, ponieważ poniedziałek dziś mamy. po drugie dlatego, że muszę nanieść na swą pracę poprawki, z którymi nie do końca się zgadzam, zatem czynię to od wielkiego niechcenia i w zakresie minimalnym, czasem idee swego po***go promotora świadomie wypaczając, ale inaczej nie mogę po prostu. praca ma być moja, a proponowane przez niego uwagi momentami, lekko mówiąc, mijają się z prawdą i rzeczywistością. tworzę zatem znowu. oj nie chce mi się, nie chce. bardzo nie chce.
poranek spędziłem w galerii handlowej, szukając butów, paska i krawata. znalazłem oczywiście wielkie nic, ale chociaż zrobiłem wieeelkie spożywcze zakupy, z którymi - poza bieżącymi zakupami mleka - będę miał na czas dłuższy spokój. zapasy chrupkiego pieczywa i owsianki posiadam takie, że i wojnę pozwolą mi przetrwać ;).
ale sama droga do galerii była droga przez mękę. pomijam upał i żar lejący się z nieba od samego rana. to przeżyję. ale te pyłki mordercze. dobrze, że tabletki wziąłem ze sobą, bo inaczej mógłbym znaczyć swą trasę po sklepach rozrzucanymi chusteczkami zawierającymi różne takie fajne rzeczy. tabletka na śniadanie zapewniła mi trochę spokoju jednak. i uff.


nadeszło jednak wybawienie. burza. bębni deszcz w parapety. jest czym oddychać, a pyłki spłynęły do kanałów :D.
a za przemiłe nocne rozmowy Yomosie dziękuję :))

[...]

piątek, 20 maja 2011

(382). czyli podróże.

te duże. i te mniejsze.



i sam nie wiem które bardziej wyczerpujące.
ale po kolei i z koleją w tle, a nawet w jej środku. wczorajszym popołudniem pociąg relacji krk-Koniec Świata, na rzeczony mnie dowiózł. 6h. początkowo w piekarniku, przyklejając się do siedzenia. cały czas z pootwieranymi wszystkimi oknami, zatem z przeciągami głowę urywającymi i wwiewającymi pyłki, które katar wywoływały. coś poczytałem, coś popodkreślałem. kolejne akapity zakończonej mgr myślę że w domu powstaną. a co. jak szaleć to szaleć :D. rozpocząłem także przygodę z balladynami i romansami karpowicza, wszak trzeba było się nań wreszcie skusić. a do samych kato towarzyszył mi mój dawny współromansowicz. nazwijmy go Szpulka. i o dziwo nie nudziło się nam przez ten czas, po ponownej wymianie numerów telefonów ustawiliśmy się na piwo z plotkami. bo przecież czym się geje innym zajmować mogą ;).


dziś za to - skoro magisterkę posiadłem - posiąść postanowiłem i garnitur na obronę. w tym celu udałem się z mamą do wro. kolejowym szlakiem oczywiście. po śniadaniu u dziadków, o 10 w drogę ruszyliśmy. pociągiem niby niemieckim, stąd z założenia wspaniałym i cudownym i klimatyzowanym. ale jak się okazuję nie wtedy, gdy obsługuje go polska załoga, która nie umie regulować temperatury i jedzie się jak w saunie ;o. 
we wro mama udała się na spotkanie firmowe, a ja pognałem na spotkanie z Brylantyną. udało mi się także poznać (czy raczej wymieć cześć i zostać wzajem przedstawionym) jego boyfriend-to-be, czyli Jima. całkiem ładny to chłopiec. i tak cudownie szczupły!
a lato było upalne tej wiosny.
nie da się z Brylantyną usiąść i siedzieć. chodzić trzeba. zwiedzać trzeba. a potem posty pochwalne nt jego miasta tworzyć. co niniejszym czynię. czynię, mimo że bałem się, że tramwaj ze mną z szyn na każdym zakręcie wypadnie. okolice nieznane poznałem, parki zielone, choć trawa z nich jak na łąkach wysoka, chwalmy łąki umajone!, akacje pachniały przecudnie, ptaki świergoliły, takoż i my informacje o świecie wymieniając przeróżne. i tak krążąc drogami nie zawsze znanymi i wytyczonymi, dotarliśmy do celu mej wyprawy czyli pasażu grunwaldzkiego, gdzie miałem poszukiwać swego garnituru. zanim jednak to nastąpiło, co poniektórzy zdążyli ubabrać galeriową podłogę lodem i spąsowieć zaraz po tym, z miejsca zdarzenia czym prędzej się oddalając. za towarzyszenie i spotkanie dzięki serdeczne składam!
oto nasza trasa:

LEGENDA: trasa Maxa = przemieszczenie; trasa Brylantyny = droga.

pędem po sklepach. przymiarki i odkładamy. grunwaldzki, renoma, arkady. kawa lodowata w międzyczasie oczywiście, bo jeść coś trzeba. i wreszcie koło 16 mama do mnie też dołączyła. i znów powrót do pasażu, akceptacja wybranego kroju garnitury i podróż do magnolii, celem nabycia odłożonych telefonicznie spodni odpowiedniego rozmiaru. tyle ile podróży różnymi środkami transportu dziś odbyłem we wro, nie poczyniłem nigdy.
efekt choć porządny, garnitur jest. wszyscy szczęśliwi. a ja nawet lekko opalony :D.
a jutro pierogi ruskie babcine!! :D.

[...]