Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 grudnia 2011

(564). czyli poświątecznie.

w końcu. albo i nie.


jedzenie na umór się skończyło dzięki temu niby. ALE wciąż w lodówce i innych miejscach można natknąć się na jego pozostałości. i to całkiem spore. na dobrą sprawę, to można by z tego kolejną wigilię urządzić. szkoda, że babcia i mama wciąż aż tyle gotują. szkoda, że ten pułk wojska już wyjechał. na pewno miałby co jeść.
utyłem :|
wraz z mijającymi świętami jednak coraz bardziej nieubłaganie zbliża się nowy rok, a wraz z nim nowe obowiązki i nowe, nieznane i przerażające okoliczności przyrody, w których przyjdzie mi się obracać. póki co średnio mi się to podoba. ale może to już taki wiek, że czas zacząć być poważnym, zapracowanym i zorganizowanym. (oh jakby się sylwester też tak zorganizował jakoś, niby coś świta, ale wciąż nie potwierdzam, ale i szlafrok kusi. sam nie wiem, sam nie wiem :D).
odwiedziła mnie dziś (tzn. przywiozłem ją i odwiozłem ;]) Aparatka. na plotki, plotki i jeszcze raz plotki. poza tym to nie widzieliśmy się od października, to było co nadrabiać. niestety przywiozła mi w podarkach i ciasto. jakby mało mi było tego domowego eh. (nie omieszkałem jej na drogę własnego wcisnąć :D). wzbogaciłem się także o kilka zdjęć z moją osobą, jej autorstwa. może wrzucę na swój ulubiony portal, może się który skusi ;) może choć kijem :P.




życie ładna rzecz, a najbardziej w snach,
więc grunt to mieć gdzie spać.


[...]

poniedziałek, 26 grudnia 2011

(563). czyli kulinarne dziwactwa.

i inne zboczenia.


też te świąteczne. 
niektórzy już byli ze mną przepytani na okoliczność potraw na ich świątecznych potraw. tak jak pojawiają się w różnych regionach polski kulinarne cuda dość zbieżne - karpie, pierogi i pewnie jakieś sałatki; jak jak i zbieżne są podstawowe składniki - mak, miód, bakalie, kapusta, grzyby, ryby; tak potem tworzone z nich kolejne specjalności bywają totalnie różne.
stąd pytam każdego z Was o te właśnie cuda Wasze domowe, co mnie zadziwić mogą. póki co same już świąteczne zupy zdają się być w każdym domu inne. mamy barszcze czerwone z uszkami, zupy grzybowe, biały barszcz z grzybami (to u mnie :D) i hit największy - zupę (w sumie kompot) śliwkowy z makaronem. co dom, to inne zwyczaje. i co jedne to lepsze. a  te własne - najlepsze.



na koniec cytat z pewnego, hmm kulinarnie niełatwego, bloggera :D. (skoro dziś już tak kulinarnie jest):

krikrakren: bo my np mizerie jemy z pieprzem i sola,a slyszalem ze z cukrem niektorzy jedza ;|
max: tak; z cukrem i koperkiem
k.: brbrbrbr
m.: ale tez sie soli i pieprzy. pysznosci!
k.: koperek!! fuuuu :D
m.: o losie. Ciebie to karmic to masakra;P
k.: zielone cos co wlazi w zeby i smiedzi :D
m.: a pietruszka?
k.: a poczekaj to moze mi sie z pietruszka pomylilo :D
pietruszka to do rosolu mozna wrzucic?
i se plywa jak glupia?
m.: tak
k.: to tez fuj ;P
ale mniejsze :D

[...]

niedziela, 25 grudnia 2011

(562). czyli świąt dzień pierwszy.

w klimacie wciąż rodzinno-kulinarnym.


śniadanie zjedzone. ciasto po nim takoż. teraz trochę żołądek pocierpieć musi. ja pewnie wraz z nim słuchając i opowiadając. ale mimo tych narzekań wszelakich, to jednak te całe święta lubi. a co. zdaje się, że podobnie jak Ajs, mam zamiłowanie do masochizmu :P.
wczorajsza domowa wigilia, z prywatnymi dziadkami wypadła przyjemnie, rodzinnie, naturalnie i smacznie. pominę może - nie trafione tym razem - prezenty. jak to dobrze, że można je w 30 dni od zakupu oddać ;). cóż, muszę mamie przypomnieć, że moje sweterki nie powinny mieć takich wzorków, jak te kupowane memu dziadkowi :D. a również i torba, którą polowałem sobie w krk, przed świętami, nie przypadła w efekcie nikomu do gustu, zatem już została zwrócona :D. 
druga wigilia z ciotką, kuzynem mym ukochanym, i złą babcią upłynęła cicho i milcząco oraz sztywno co do zasady. taki urok corocznych spotkań lepionych lekko na siłę. ale z tradycją się nie walczy. dostałem od złej babci też prezent z okazji... obrony pracy magisterskiej. miło. szkoda tylko, że na bileciku na torbie było napisane imię mego kuzyna. ale może nie powinienem się czepiać ;). 



poza tym, to chyba dwunastą potrawą na stole powinien być... espumisan :D.

[...]

sobota, 24 grudnia 2011

(561). czyli najlepszości.

ponieważ jak wiadomo życzeń składać nie umiem i te będą koślawe:
jak najwięcej świętego spokoju 
na nadchodzące święta; 
spędzajcie je tak, by być 
szczęśliwymi!





[...]

piątek, 23 grudnia 2011

(560). czyli bez budzika.

pierwszy raz od nie wiem kiedy.


jakie to wspaniałe uczucie móc spać do oporu, nie nękany żadnymi dźwiękami płynącymi z telefonu i nakazującymi wstawania, wygrzebywanie się z pieleszy i rozpoczynanie czynności życiowych innych niż zimowy sen. słodki i bez treści. dziś pierwszy raz chyba od wakacji zdarzyło mi się nie nastawiać budzika. zero strasznych obowiązków w perspektywie, więc mogłem sobie na to pozwolić. wymęczony wczorajszymi pierogami na powitanie, ubieraniem choinki (całkiem żywej i kującej), padłem o północy w prawie 12godzinny sen zapadając. cuuuudownie! :D. obudziłem się sam, gdy zegar wybijał 11.30. poprzeciągałem się leniwie, ubrałem szlafrok i udałem się w poszukiwanie kawy. tym razem tej z cynamonem i miodem. idealna na święta.
w planie na dziś tworzenie sałatek (obrane warzywka już się gotuję, radośnie w garnkach podskakując), gotowanie barszczu, grzybów i kompotu z suszu. orgazm dla nosa gwarantowany! potem także dla ust, ale to dopiero jutro. póki co zapachy rozchodzą się wszędzie, swobodnie mieszając ze sobą, ku mej wielkiej radości. tym większej, że siedzę jeszcze wciąż sam w domu i mogę na  maxxxxa nastawioną swą ulubioną muzykę słuchać. i nikt się nie krzywi, i nikt nie każe zmieniać piosenek, i nikt nie każe ściszać.



a ja życzeń jeszcze nie składam, bo to bynajmniej nie jest mój ostatni post przed świętami :D

[...]

wtorek, 20 grudnia 2011

(557). czyli kapusta, cebula i naftalina.

czyli święta naprawdę już za pasem!


starsze panie masowo wylęgły się, ze swoich szaf powychodziły, przywdziały swe piękne futra naturalne, z norek, szynszyli i innych ukochanych przez joanne krupę zwierzątek, uszminkowały intensywnie usta, na policzki nałożyły róż, popryskały się intensywnymi i duszącymi perfumami marki 'opium' lub 'masumi' i wsiadły do autobusów. i tak sobie nimi podróżują. na targ, po karpia, do marketu. czort raczy wiedzieć po co jeszcze i dokąd. jednak ich maskarada nie jest w stanie ukryć prawdy. żadne opium, żadna szminka, tylko czosnek, cebula, kapusta, dusimy, smażymy, pieczemy. i tylko to o każdej porze dnia w autobusach można wyczuć.
co prawda czuć jeszcze napięcie przedświąteczne, czy zdążymy ze wszystkim, a tyle do roboty, a ciocia to, a kuzynka tamto. i plotki, wszystkim przy okazji tych świąt tyłki poobrabiają. święta to rodzinnie bardzo niebezpieczny czas ;).
kolejny cudownym na dzisiejsze dni miejscem są tłoczne galerie handlowe, gdzie wszyscy pędzą i szukają na urwanie głowy i złamanie karku prezentów. albo chcieliby pędzić, a pędzić nie mogą, gdyż przed nimi na wyyyysoooookich obcasach drepta blond dziunia, która z trudem utrzymuje równowagę przy każdym kroku, bo podłoga za śliska, bo obcas za wysoki, a głowa pusta. eh cóż poradzić. dłuższe tipsy dla lepszego balansu ciała.
i właśnie w męki człapania się po takich przybytkach wrobiła mnie własna rodzona matka, która umyśliła sobie, że pod choinkę kupi mi teczkę/torbę. taką ciut poważniejszą. wszystko fajnie, ALE ponieważ nie wie czy trafi w mój gust, to bym wybrał co mi się najbardziej podoba, muszę poszukać jej sobie sam. wszystko fajnie, ale u licha, czemu mówi mi o tym teraz a nie 3 tygodnie wcześniej?! z kobietami... ;)
a w krk pogoda dziś iście cudowna. słoneczna, mroźna, zachęcająca do spacerów. nie omieszkałem skorzystać. szkoda, że sam, ale choć dzięki temu nie stracę głosu od produkowania się na mrozie ;].



a Yomosie dzięki składam :*

[...]

wtorek, 1 listopada 2011

(514). czyli wsz. św.

skrót rozwijając - wszystkich świętych.


o tym jak zwykło kiedyś się obchodzić u mnie ten dzień pisałem rok temu. dziś także odwiedziłem cmentarz. ale raczej ekspresem. gdyż jest to jeden z tych dni, gdy nie lubię na nim bywać, gdyż z powodu natłoku osób odzierany jest z aury intymności. jedyne co mi się podobało - spadające na udekorowane groby liście złociste, brązowe, żółte. lekko. delikatnie przykrywały rzeczywistość o przemijaniu przypominając. wybaczcie porównanie, ale było to wszystko bardzo przyjemne. 
z większą chęcią odwiedzam przodków w ciągu roku niż akurat dziś. i kropka. cała moja rodzina z resztą ma podobnie.
tymczasem w polsce zdają się te święta trwać dobrych kilka dni. od ponad tygodnia zniczy w sklepach pełno. prawdziwe i na baterie. także (chyba, że to sprytny fotomontaż) takie: 


tymczasem zachęcam do dalszego udziału i pomocy w dokonaniu wyboru logo, albowiem póki co... głosy rozkładają się równomiernie. zatem z rozstrzygnięciem się jeszcze chwilę powstrzymam.

[...]

poniedziałek, 19 września 2011

(479). czyli w poszukiwaniu.

lekkiej radosności.


tak by jesień przepędzić, bo staje się całkiem nieprzyjemna i męcząco chłodna. trafiłem na piosenki świąteczne :D. mimo że o zimie, to jednak niosące ze sobą jakieś ciepło i małą wiązkę radości. a w dzień zamżawiony jednak takie coś się przyda. tym bardziej, że jednak kilograma słodyczy w domu nie mam, ani nawet pół. (tak tak, nastał ten smutny dzień, gdy ptasie mleczko wyfrunęło). ale to chyba lepiej, gdyż jak waga uprzejmie raczyła mi donieść jestem o 2-3 do przodu. jestem przerażony. szwy w moim garniturze pewnie też.
coby jesienią nie jadzić i nie epatować wezmę się do nauk. sobota nadciąga.




napisał też do mnie Bezpłciowy. ale o tym może innym razem.

[...]

niedziela, 24 kwietnia 2011

(359). czyli już się nie boję!

a Wy? karramba!



dżem z muchomorów, posolona herbata, i oberża pod stu i jednym nieszczęściem. niemal jak robienie kanapek przez gagę.
po spożyciu pokarmów wielkanocnych czuję się dość podobnie jak ci kosztujący gagowe produkty, albo biedny owad, który umoczył swą trąbkę w muchomorowym dżemie. mam nadzieję, że to tylko chwilowe ;)
[...]

sobota, 23 kwietnia 2011

(358). czyli gdzieś w każdym z nas...

mieszka dziecko, które czasem trzeba dopieścić.



ja zostałem dopieszczony przyjeżdżając do domu. chyba nawet rozpieszczony zbyt zostałem chwilowo. czekały mnie na biurku moje ulubione kwiatki, kwitnące tylko na wiosnę, spotykane coraz rzadziej, a pachnące wprost niesamowicie, czyli narcyzy. (nie mylić z żonkilami!).
nawiedził mnie też zajączek, przynosząc tradycyjnie już opakowanie zawierające 4 kinderjajka. odkąd pamiętam, zawsze zbierałem różne z nich zabawki i z wielką niecierpliwością otwierałem każde czekoladowe pudełko, bardziej skupiając się na zabawce niż słodkiej powłoczce. i to zostało mi do dziś. jajeczne połówki będą pewnie czekać na zlitowanie się ze strony któregoś z domowników, gdy zabaweczki cieszą oko i małe dziecko we mnie.
a Wam coś uszaty potwór przyniósł ;>


SPOKOJNYCH ŚWIĄT.

[...]

czwartek, 21 kwietnia 2011

(356). czyli góry, góry...

wielkie góry!



jedzenia oczywiście. 
babcia: mama mówiła by upiec tylko sernik, ale ja zrobiłam jeszcze szarlotkę i robię właśnie kremówki.
*
mama: ja upiekę tylko makulaturę (dla niewtajemniczonych ciasto miodowe, placków 6, przekładanych masą budyniowo-kaszomannową. wilgotne i pysznie aromatyczne).
tata: ale ja bym chciał jeszcze babkę.
*
i weź tu nie przytyj na święta. ja ze swojej strony pilnuję by porcje te minimalne wszystkie były. sałatki z połowy porcji, ciasta na małej blasze, etc. etc. tym bardziej, że cudem pisząc mgr w krk udało mi się schudnąć i ważę ciut mniej od Yomosy. jeszcze parę deko i dojdę do wagi wymarzonej ;)


wczorajsza podróż pociągiem była dziwnie męcząca, ale w sumie się temu nie dziwię. już podróż tramwajem to wszak zwiastowała. przystanek przed dworcem, stało się coś z torowiskiem i musiałem pokonać ten odcinek pieszo. biec, nie biegłem, bo zawsze z wielkim zapasem czasu na dworce wyruszam (chyba, że kogoś odbieram, to wtedy bywa różnie, ale się staram), ale zaburzyło to lekko plan. potem podstawili mniej wygodny skład niż zwykle i przez nieopatrzność usiadłem po tej stronie w wagonie, na którą akurat bardziej świeciło słońce. czytając zatem lekko się przypiekłem. potem pociąg z powodu ruchu wahadłowego złapał ponad pół h spóźnienia. dotarłem dosłownie wypluty,.po 7h nie czułem już tyłka od tych pierońskich siedzeń. chyba zacznę poduszkę ze sobą wozić.
a teraz czas na śniadanie. a rosół na obiad już się gotuje, a babcia z knedlami ze śliwkami już z dziadkiem zmierzają. mhmhmhm.

[...]

środa, 2 lutego 2011

(271). czyli 'rozbieraj się!'.

no raczej czas już najwyższy.



drodzy posiadacze drzewek zielonych coraz mniej lub sztucznych. tych bombkami, lametami, gwiazdami i włosem anielskim przybranych. czas je rozebrać i rzec sztandar wyprowadzić, ten świąteczny oczywiście. wszak gromnicznej dziś i tradycja tako nakazuje. ciekawe u kogo drzeweczko tyle wystało ;]
(i jak widzę, czyli słyszę za oknem z tej okazji mają chyba niedzilny porządek, bo dzwony napie***ą raz po raz. zaraz kogoś skrzywdzę!)


uczy mi się dziś wprost ch*jowo. od rana szwędam się w te i we wte. i we wte. i z powrotem. zrobiłem w sumie wielkie nic. dobrze, że egzamin jest w piątek a nie jutro. bo inaczej musiałbym liczyć na łut szczęścia albo na konika rzygającego tęczą i że na tej tęczy ukaże mi się jakaś ściąga.
chłopiec 3D ma dziś urodziny. wisi to nade mną jak gilotyna. życzenia powinienem mu posłać już kilka godzin temu, tymczasem nie mogę się zebrać. nie wiem co napisać, nie wiem jak napisać. nie umiem składać życzeń. zawsze wydaje mi się, że wyjdzie banalnie albo że powiem za dużo albo nie tak coś. aaaaa. tymczasem to jedna z ważniejszych osób pałętających się w moim życiu. ha, nawet nie umiem napisać jak ważna. 
i póki tych życzeń nie poczynię, pewnie będę chodził poirytowany na cały świat. jak i cały świat chodzi też poirytowany bez powodu, albo z powodu błahego. o spięcia więc łatwo.
potrzeba mi jakiś wakacji w słonecznym miejscu lub paru minut w solarium.

[...]

niedziela, 26 grudnia 2010

(236). czyli świąteczne zwyczaje.

(zainspirowany postem Nemsta).
i żeby nie było, że tylko na święta narzekam, bo momentami je jednak lubię.



lubię zapach tych cudów co się pieką, a jeszcze bardziej lubię gdy są upieczone. makowce na  cieście francuskim, serniki, makulatury, babeczki orzechowe, pierniki (których ciasto odpoczywa na dnie lodówki już od barbórki), ciasteczka kruche, pierniczki - te dwa ostatnie wykrawane foremkami o kształtach przeróżnych.
lubię zabawy niekończące się z doprawianiem żurku z grzybami. bo to za mało słony, to za mało kwaśny, to za rzadki. a gdy już osiągnie się efekt - idealnie zbalansowaną mieszankę smaków zakwasu, wywaru z prawdziwków i przypraw - aromat niezapomniany na języku się pojawia, łechtając wszelkie części podniebienia.
lubię te kotły z kapustą. wszak to kapuściane święta. kapusta kiszona zasmażana z grzybami, kolejna z grochem, potem dwa rodzaje farszów do pierogów (kapusta słodka i kwaśna). oh, ah. cierp żołądku. ale warto. bardzo bardzo.
lubię wreszcie najsłodszą z najsłodszych, najbardziej ciężkostrawną z ciężkostrawnych i najpyszniejszą z najpyszniejszych kutię.
rodzinne tradycje potraw 12 nakazują. nakazują spróbować każdej. przed ich spożyciem czekać do ukazania się na niebie pierwszej gwiazdki. pod obrusem ma być koniecznie przysłowiowe ździebko siana. opłatek posmarowany miodem. łuski z karpia czekają na nowy rok, by w portfelu każdego z nas zapewnić 'bogactwa i powodzenie', a w dniu wieczerzy w tym samym celu jako pierwszy próg musi przekroczyć mężczyzna.
na choince prócz prastarych bombek w kształcie mikołajów i grzybków wiszą jabłka, orzechy i cukierki.


nawet i grinch ma swe świąteczne słabostki.
pamiętajmy o uśmiechu :D.

[...]

sobota, 25 grudnia 2010

(235). czyli zbiera-mi-się.

oj zbiera!



rodzinka, ah rodzinka. stanęło wczoraj, że nie wiadomo kto kogo ma odwiedzić. choć logika nakazywałaby odwiedziny ciotuni z rodziną i 'złej babci' u nas, wszak wigilia była u nich. ale się opierali i ustalono wielkie nic. 
posprzątawszy po śniadaniu późnym, i kawie, cieście i innym takim, wybiła godzina szesnasta. w powyciąganych dresach porozsiadaliśmy się w fotelach i na łóżkach. mama z książką, ja z filmem (45 lektur filmowych w święta muszę zaliczyć), tata z bratem gdzieś przy kominku kości grzali. nagle dzwonek do furtki. myślę - kolędnicy. krzyczę - 'nie wpuszczać!'. ale dla bezpieczeństwa wyglądamy ukradkiem przez okno. a za oknem potuptywała na śniegu nasza kochana rodzinka. radość zapanowała w domu i ruchy niespokojne. przebrać się. powitać. ugościć. gość w dom - jedzenie na stół - mniej zostanie dla nas - krócej się będziemy męczyć - mniej zjemy - mniej utyjemy. nakarmiono, napojono. próbowano rozmawiać. ale nic się nie kleiło. wszak widujemy się tylko raz w roku. no dwa. a le za jednym zamachem - na święta. to już za mną.
z chwili pewnej panowie (tj. brat, tata i jeden z kuzynów, ale nie TEN kuzyn, czyli nie-kobiety i nie-geje) poszli próbować jazd samochodem terenowych, którym rodzinka przyjechała. została na sofie 'zła babcia', ciotunia ukochana (nazwijmy ją ciocią monster), mama, TEN kuzyn i ja. (czyli trzy kobiety, które chętnie uraczyłyby siebie nawzajem zatrutym ciasteczkiem i dwaj geje, którzy uraczyli by tego drugiego jakimś zatrutym penisem). wspaniałe towarzystwo. po głowie mi i mamie chodziło, by tylko rozmowa się nie urwała. wszak trzy osoby ubyły, prawdopodobieństwo powiedzenia czegoś zmalało, groźba ciszy wzrosła.


oh jak przyjemnie, ah jak przyjemnie. że to już za mną.

[...]

(234). czyli świętaświęta - dzień 2.

a rozważałem nawet relacje live ale się powstrzymałem :D



uważajcie z jedzeniem. to przede wszystkim. jak donoszą mądre artykuły i doświadczenie własne w czasie świąt katujemy swe żołądki niemiłosiernie kapustami, grzybami, makami i innymi strasznościami - choć smacznymi - to bardzo ciężkostrawnymi. jedzcie rozważnie!
wigilia nr I w domu mym zakończyła się sukcesem. wigilia nr II w domu mego kochanego kuzyna z naszą wspólną babcią była co najmniej dziwna. zimnowojenna. z rozmowami rwanymi, ale ważne, że się uśmiechaliśmy i rozmawialiśmy o jedzeniu, proponując sobie nawzajem nałożenie kolejnej porcji. ichniejsze potrawy gwałciły tradycję - od kiedy to na stole lądować ma łosoś?!
tradycyjnie za to odbyły się rozmowy przy małym stoliczku. toczyłem je ja z mym kuzynem ukochanym. plotki, ploteczki, a nawet fakty. o Wiosennym i jego związku z Bezpłciowym (oh jakie to fascynujące móc kiedyś mieć do czynienia z oboma, a teraz śledzić dalszy ciąg herlequinowego romansu; nic bardziej pasjonującego niż wieści o byłych wspólnych kochankach); o krk i krakowskich związkach wszelakich; oraz o smaczkach lokalnych. dziś zapewne ciąg dalszy dialogów w duchu 'jak zasugerować, że się dużo wie, nie mówiąc nic prawie'.
jeśli tylko waćpaństwo pojawią się u mnie w domu. bo im bardziej ma mama zapraszała ich, tym bardziej oni chcieli spotkać się na ich własnym gruncie. i jak tu nie uwielbiać swej rodzinki...

 

czas na jakieś ciacho teraz :D. choć waga mówi 'NIE', to jedna zacznę, jej słuchać od jutra.

[...]

piątek, 24 grudnia 2010

(223). czyli świątecznie.

wszystkim
Czytaczom i Podglądaczkom
oraz 
Czytaczkom i Podglądaczom 
życzę 
jak najwięcej świętego spokoju na nadchodzące święta; spędzajcie je tak, by być szczęśliwymi!


[...]

czwartek, 23 grudnia 2010

(222). czyli krew na rękach.

moich dłoniach pięknych.



czyli przygotowania do świąt pełną parą. winną pojawienia się krwi rzeczonej była choinka, która nie chciała się sama ubrać. na nic zdawały się zaklęcia tajemne ani śpiewanie piosenek 'o tannenbaum, o tannenbaum' (w sumie nie dziwota. choć ja słysząc swój śpiew prędzej bym się ubrał i wyszedł niż rozebrał, ale mniejsza o to). trzeba było zabrać się za zielonego kującego potwora gołymi rękoma. nakładać nań bombkę po bombce, jabłuszka, cukierki, lampki i inne cuda wianki. a ona żywa była. i swą żywotność pokazywała. igłami swymi.


teraz tylko sałatki, barszcze, kompoty, pierogi, kutie, ciasta. wrzucić do żołądka. a potem już można lecieć do toalety.
i dużo się uśmiechać.

[...]

środa, 22 grudnia 2010

(221). czyli podróże duże.

w piekarniku.



a okna otworzyć nie można, bo pani wieje. gotujmy się. marynarka out. wytapiamy się. koszula out. sos własny. zostaję w tiszercie. gorąco. wszystkim. ale kurwa drzwi to szczelnie zasuwają, by przypadkiem termoobiegu w interregio nie zaburzyć.
i kupują bilety na tlk a nie ir. i się z konduktorem kłócą, że to wina pani w kasie. a czy u licha ciężkiego jak kupią przeterminowany jogurt to też jest wina pani sklepikarki, czy ich niedopatrzenia? i czy też będą straszyć że w prasie opiszą, a dzieci z tego powodu płaczą, a dorośli krzyczą. no do jasnej anielki!
stacja wrocław-w-remocie-główny. czemu lud ciemny pcha się do wejścia do składu, zanim wszyscy chętni go opuszczą. czemu ja muszę na nich pokrzykiwać z oburzeniem w głosie z tego powodu? odpowiedź jest jedna - idą święta. mózgi ludziom skisły się niczym karpie biedne w  foliowych workach z marketu.


siedzę w domu. jedzenia widzę fury. mam nadzieję, że to fatamorgana. ale czy fatamorgany pachną? oby i cyferki, które na wadze wyskoczą okazały się zjawą mijającą wraz z przebudzeniem.

[...]

czwartek, 9 grudnia 2010

(213). czyli sztajmesi i okolice.

oh. oh. oh. OH! to boli. 




szczególnie w nos. wsiada sobie człowiek do tramwaju kulturalnie. usadawia się w miejscu strategicznym (tak by do celu spokojnie dojechać, patrząc jak to inni ustępuję, bo siedząc przy oknie to tak trochę zbyt się nie da) i udać się w podróż jak co dzień nijaką udać. jeden przystanek, drugi, trzeci. chwila nieuwagi i od tyłu zasiąść człowieka takie potrafią. siądą cichaczem. po 15 sekundach poczujesz. denaturat, spirytus, nalewkę z ich ust w formie oparów się wydzielającą (dobrze w sumie, że nie rzygowiny...), usłyszy człowiek pociąganie nosem, permanentne odcharkiwanie i połykanie tegoż (na zdrowie. choć magda gessler by się zbulwersowała tym pewnie bardziej niż ja), oraz pomrukiwanie na zły świat. i jedź tu przed takimi siedząc. i jak na złość nawet kataru nie miałem :(.
dotrzeć do galerii jednak mi się udało. i po przekroczeniu jej progów całej świątecznej atmosfery miałem serdecznie dosyć. mikołaje, piosenki, DZIECI, tłumy ludzi, kolejki. odechciewa się świąt na ten widok. spędziłem w tym przybytku całe 30 minut, a wyszedłem wy***ny jak po spotkaniu z autobusem arabów (jolka, jolka, pamiętasz...).


a porządki nadal czekają na to aż się zrobią.

[...]

poniedziałek, 1 listopada 2010

(197). czyli z dziecięcej perspektywy.

grzebiąc w pamięci ciut.



ubierała zawsze najlepsze futro i ciepłe buty. na usta kładła koralową szminkę. szal ciepły i rękawiczki skórzane. buty na niskim ale obcasie. w końcu trzeba wyglądać jakoś. taka okazja zdarza się nie często. do torebki pakowała czekoladki, mandarynki i inne frykasy, by karmić wnuki i prawnuki. a było ich trochę. jej córki - trzy siostry posiadały w sumie dzieci sześcioro, co dawało przełożenie na z tuzin młodszych latorośli. siadywała w listopadowym słońcu na ławeczce albo kręciła się wokół gdy było ciut chłodniej. rozmawiała o wszystkim i o niczym z dziatwą, karmiąc usilnie i w dłonie małe wpychając skarby ze swej torebki. a że i sama słodycze uwielbiała - nie odmawiała sobie podskubnięcia tego i owego.
wraz z młodym pokoleniem pojawiali się i ich rodzice. i tak przy ławeczce owej zbierała się nie ma cała rodzina z mego Końca Świata. wujki, ciocie, kuzyni, szwagrowie, szwagierki, wnuki, prawnuki, także te cioteczne. gwarno, tłoczno. rozmowy, wspomnienia.
[...]
zawsze lubiłem przestawiać świeczki. by stały symetrycznie. bardzo denerwowało mnie, że te dostawiane przez kolejne osoby burzą moją koncepcję. zawsze musiało być po mojemu. 
świeczki czy też znicze, wtedy te prawdziwe z parafiny a nie jakiegoś granulatu, kopciły niemiłosiernie. i dawały tyle ciepła. i ile skupienia i cierpliwości wymagała walka z wiejącym wiatrem, by je zapalić. nie miały przecież tak powszechnych dziś kapturków. 
powoli zapadał zmierzch. rodzina rozchodziła się do domu.
[...]
przed rozpoczęciem ostatniej wędrówki do torebki starszej pani włożono czekoladę. by zawsze miała pod ręką.
 
może są to złudne skojarzenia, ale chcę takie mieć. i innych refleksji tu nie uświadczycie.

[...]