przepis na taką potrawę poleca sama nigella, może będę musiał się zabrać za jej przygotowywanie. trzeba jeszcze tylko będzie znaleźć stadko ofiar, by móc ją na nich wypróbować ;) ale to już w nowym roku.
w nowym roku też na pewno... nie poczynię żadnych postanowień :D jedyne co wiem, to pewnie będę dbał o przypadkowe i nieprzypadkowe spotkania z NN. może jego warto tym lepem by potraktować :D.
a sylwester w domowych pieleszach. i w sumie jestem z tego zadowolony. szlafroczek, wełniane skarpetki i pewnie zalegnę na bujanym fotelu, grzejąc się przy kominku, będę zerkał na koncert na polsacie. chyba dziadzieję ;).
a już jutro post z podsumowaniem. naprawdę. poważnym takim. aż sam się sobie dziwię, że takowy powstaje :D. zapraszam od rana ;).
jedzenie na umór się skończyło dzięki temu niby. ALE wciąż w lodówce i innych miejscach można natknąć się na jego pozostałości. i to całkiem spore. na dobrą sprawę, to można by z tego kolejną wigilię urządzić. szkoda, że babcia i mama wciąż aż tyle gotują. szkoda, że ten pułk wojska już wyjechał. na pewno miałby co jeść.
utyłem :|
wraz z mijającymi świętami jednak coraz bardziej nieubłaganie zbliża się nowy rok, a wraz z nim nowe obowiązki i nowe, nieznane i przerażające okoliczności przyrody, w których przyjdzie mi się obracać. póki co średnio mi się to podoba. ale może to już taki wiek, że czas zacząć być poważnym, zapracowanym i zorganizowanym. (oh jakby się sylwester też tak zorganizował jakoś, niby coś świta, ale wciąż nie potwierdzam, ale i szlafrok kusi. sam nie wiem, sam nie wiem :D).
odwiedziła mnie dziś (tzn. przywiozłem ją i odwiozłem ;]) Aparatka. na plotki, plotki i jeszcze raz plotki. poza tym to nie widzieliśmy się od października, to było co nadrabiać. niestety przywiozła mi w podarkach i ciasto. jakby mało mi było tego domowego eh. (nie omieszkałem jej na drogę własnego wcisnąć :D). wzbogaciłem się także o kilka zdjęć z moją osobą, jej autorstwa. może wrzucę na swój ulubiony portal, może się który skusi ;) może choć kijem :P.
życie ładna rzecz, a najbardziej w snach, więc grunt to mieć gdzie spać.
do tego bardzo wygodnie. tym wygodniej, gdy jest się gościem na imprezie we własnym mieszkaniu. sprzątanie człowieka omija, choć śpi we własnym łóżku :D. tak oto sylwestra zorganizowała jo. i Słoneczko dla swych znajomych z półwyspu pewnego ciepłego, mówiących dziwnym językiem, a ja nie umoczyłem w tym wszystkim nic a nic. no może tylko paluszka robiąc sałatkę na wejście, bo przecież czymś pożywiać się trzeba.
obejrzałem dziś zdjęcia z imprezy. jestem w głębokim szoku. na tyle głębokim, że posta pisze dopiero po pewnym czasie od zakończenia party. postanowienie noworoczne mam za to. nawet kilka.
1. nie uśmiechać się po alkoholu.
2. nie tańczyć po alkoholu.
3. nie mówić za wiele.
4. notować co się robi, by minimalizować zdziwienie podczas lektury zdjęć.
amen.
ale suma summarum jestem zadowolony. imprezy robione spontanicznie i na ostatnią prawie chwilę nie są złe. bywają smaczne. o diecie pomyślę jutro.
sylwester przeminął jakoś dziwnie szybko, dziwnie jakoś w ogóle tak. może z powodu nadmiaru heteroosobników płci męskiej w okół, a ci z definicji nie są mym ulubionym towarzystwem. zatem udało mi się imprezę miło przegadać, przepić winem, powitać nowy rok na polu/dworze, poskładać życzenia a także jeszcze przed całym tym party upiec czekochmurę, by móc pokryć ją kołderką z bitej śmietany, która nie chciała się za nic w świecie dać utrzepać o 3 w nocy, ale odkrywszy przeterminowany śmietan-fix sukces udało się osiągnąć :D a ciasto furorę zrobiło było. o północy zadzwonił też do mnie Wiosenny Pan (tak będzie się bowiem nazywał kandydat na przyszłego byłego), złożył mi ładnie i grzecznie życzenia, ja jemu. i sobie pogadaliśmy. całe 28 sekund. ale i tak się cieszę, bo przed imprezą wymyśliłem, że tego wieczoru, tylko właśnie od niego telefonu bym chciał. spełniło się. oby więcej pomyślnych faktów z nim związanych w czasie najbliższym! i może jestem bardzo niecierpliwy (a kiedy nie jestem...), ale mam wrażenie, ze nasze poznawanie się toczy się arcypowoli, a ja tymczasem chętni bym już usidlił tu kogo... wróciłem z sylwestra do domu wczoraj o 18, o 20 już wykąpany leżałem w łóżeczku, ku spaniu się skłaniając. zasnąłem nawet. ale o 22 wrócił mój współlokator - pan x., nie dało się nie usłyszeć. dwie godziny później dzwonił przez minutę domofon, łaskawie ruszył on potem dupę by odebrać, gadał ze 2 min głosem wzburzonym, po czym otworzył. wkroczyła pani x. - moja była współlokatorka, a jego była laska. najpierw gadali w pokoju, potem przenieśli się do kuchni, obcasy stukały, głosy coraz bardziej podniesione i ten motyw przewodni noworocznej kłótni: 'ty musisz zawsze wszystko rozgrzebywać' - krzyczała pani x. razy milion chyba. o 1 zniknęła trzaskając drzwiami, ale jej szczoteczka wciąż w łazience leży sobie. może czeka mnie kolejny odcinek tej uroczej do zarzygania telenoweli, rodem nie z kolumbii czy meksyku, tylko raczej jakiegoś wietnamu czy indonezji, bo poziom godzien... niczego w sumie nie jest godzien. nawet pożałowania i politowania. dzisiejszy dzień upłynął pod znakiem pożegnania jo., która na sylwestrze w krk takoż była. oczywiście się spóźniłem, bo źle zrozumiałem godzinę, ale cóż. na szczęście była już reszta towarzystwa, więc mój brak w jakimś stopniu - nieudolnie, bo nieudolnie - rekompensowała. potem musieliśmy wsadzić jo. do pociągu. już pani w kasie nas nastraszyła, że to może się nie udać. grupowo udaliśmy się na peron, otoczyliśmy jo. kordonem, a pociąg raczył zatrzymać się ze swymi drzwiami idealnie przed nami. ludziom dostęp kordon do drzwi co prawda odciął, no ale no... jo. dziarsko wskoczyła do środka i udało jej się zająć miejsce stojące. na szczęście w nie-przedsionku. teraz czekam tylko lutego by się w ciepłej bcn u niej pojawić (jak się wszystko powiedzie może z Wiosennym Panem już) :).
plan na nadchodzące dni: nauka, nauka, nauka. czekają mnie tylko 2 kolokwia i egzamin. w między czasie mam nadzieje na jakiekolwiek progresy z sami-wiecie-kim.
edit: niech mnie ktoś trzepnie w głowę! tak porządnie!