Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chłopcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chłopcy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 sierpnia 2012

(672). czyli spacery, muffinki i ogień.

się dzieje, innymi słowy.


ale czy to dobrze, że się dzieje, albo czy dzieje się z właściwą osobą, tego nie wie nikt, a przede wszystkim nie wiem tego ja.
bo - po pierwsze - to nic, że z Rybakiem się kolegujemy. nie przeszkadzało to mu w żadnym przypadku próbować wyciągną mnie na spacer, nadmieniając przy tym iż ma całkiem nadpobudliwy dzień. i prawie bym poszedł jakbym tylko nie musiał pisać czegoś do pracy.
po drugie - Ogniowy. no jest on sobie. na tapecie. co dzień prawie. trochę intensywnie, w sumie całkiem miło się spaceruje, jest odprowadzanym, dokarmianym różnymi dobrymi rzeczami etc. bo muffinki wychodzą całkiem smaczne mu, inne rzeczy także. dostrzegam także inne powolne kroki. i nie wiem czy to dobrze, bo dostrzegam - znów - pewne znaczące różnice. i rodzą one pytanie, jak bardzo wielkie przeciwieństwa mogą się wciąż przyciągać i to przyciąganie utrzymać. w którym miejscu jest ten margines nadmiernych różnic. na pewne owszem można spojrzeć przez palce, do pewnych się można przyzwyczaić, dla innych coś dla świętego spokoju zrobić. tylko ja pewnie zbyt bardzo cenię sobie swój spokój by kogoś zbyt mało kanapowego mieć. ale ten akapicik pewnie też jest tylko chwilowo aktualny, w mej głowie różne rzeczy w różnym tempie się zmieniają, a różne ciągi myślowo-skojarzeniowe rodzą. póki co są wakacje, więc niech to się tam toczy, wszystkie opcje są możliwe :D.
i wreszcie po trzecie. w krk ma się pojawić 3D. ale póki co oficjalnie tego nie wiem, bo chce mi zrobić niespodziankę. MI. NIESPODZIANKĘ. to samo w sobie jest z definicji niebezpieczne, więc gratuluję mu pomysłu. tym bardziej, ze sam się obruszał kiedy próbowałem się u niego pojawić z 2tygodniowym uprzedzeniem, a teraz sam znienacka planuje pojawić się w krk. myślę, że z różnych powodów będzie to ciekawa wizyta. ale bez jakichkolwiek rozmów na poważne tematy wyjaśniające zawiłości między nami. chwilowo nie chce mi się :D.
[ah, i 3D też zna Ogniowego. świat jest mały.]



a druga połowa sierpnia to urlop, ale o szczegółach to innym razem :D.

[...]

czwartek, 26 lipca 2012

(671). czyli jednak czerwone.

bilans jednak inaczej wyjść nie mógł.


plusy jakieś tam pewnie były, ale więcej nazbierałem tych ujemnych. rybackiego romansu zatem nie będzie, przechodzimy do poważnej stopy bez wszelakich bonusów. jednak jedno przyznać trzeba minione naście dni było wyjątkowo miłe i przyjemne, poniekąd także łechcące, zatem nie ma czego żałować, a tym bardziej ustalonego poziomu relacji.
ba, ma to nawet pewien wielki wymierny, namacalny i odczuwalny w ustach plus - Lakmusowy upiecze mi niebiański sernik. tak przynajmniej obiecał. nawet już składniki zakupił, więc mam nadzieję że coś dobrego z tego się z pieca ukaże :D




a teraz czas odmrozić pewnego trupa. ogniowego. zatem romansów ciąg dalszy ;)

[...]

niedziela, 22 lipca 2012

(669). czyli a może jednak żółte?

tylko pytanie, jakie światło zapali się po nim.


bo albo jest miło i to bardzo i chodzi po głowie i myśli uciekają, albo czuje zaburzenie swego uporządkowanego życia i to że mam za mało czasu dla siebie, swoich spraw, swoich znajomych i na zwyczajne nudzenie się. 
wybraliśmy się wczoraj na pokaz najstarszego przegubowego jedynego w polsce ogórka. kto rozumie świra związanego z komunikacją miejską oraz kolejową, ten zachwyty zrozumie :D pozwiedzaliśmy także galerie ciuchowe, w jednej z nich natykając się na Lakmusowego. krk jest wyjątkowo mały, a rzeczą oczywistą że w łikendy kulturalne ciotki wszelakie lądują w galeriach ;)




czas na prasowalnicze męki w końcu, po 3 tygodniach sterta wygląda strasznie w sumie, ostatni dzwonek.

[...]

wtorek, 17 lipca 2012

(668). czyli zielone światło?

bliżej chyba do jego zapalenia się niż dalej.


póki co testuję, badam, patrzę, pytam. i powoli skłaniam się do zaświecenia jego dla samego siebie i jakiegokolwiek zaangażowania się w znajomość z Rybakiem, która w sumie do tej pory toczyła się miło ale lekko obok gdzieś. ale jakoś ostatnio w sumie coraz mniej obok. 
może dlatego że widzę, że można bezpiecznie sobie zielone światło zapalić bo zdaje się że i on się coś wkręcił w to, może też dlatego, że dostrzegam w nim coraz więcej ciekawych cech, może też dlatego, że po rozpoczęciu z impetem jednak wszystko zwolniło i nie posunęło się tam gdzie bym jednak posunąć się w pośpiechu nie chciał.
no i do tego Nieogarnięty się pogrążył. mimo że się pojawił na spotkaniu :D ale na to strzępić języka szkoda. omal nie umarłem z nudów po 5 minutach, potem już była tylko agonia :D ale to w sumie dobrze, dzięki temu parę punktów dla Rybaka :D




i zaliczyłem wczoraj swą zawodową inicjację. bez wtopy. jestem z siebie dumny.

[...]

środa, 11 lipca 2012

(667). czyli nieogarnięty do kwadratu.

na szczęście nie tylko ja :D


nie ma jak to umówić się w miejscu A, czekać na kogoś w miejscu B, podczas gdy osoba, z którą się umówiłeś w miejscu A, przez omyłkę czeka na Ciebie w miejscu C. jeszcze fajniej gdy rzecz dzieje się w deszczu u woda w mokasynach chlupta, jeszcze fajniej gdy jednemu z was padnie telefon :D. takie rzeczy tylko w krk, takie rzeczy tylko ze mną i z moją kolejną randką - póki co niedoszłą. na potrzeby bloga nazwijmy go Nieogarniętym.
a już zrywający się wiatr, lekko kropiący coraz większymi kroplami deszcz (który potem przerodził się w ulewę) nie wieścił niczego dobrego. także dobrym omenem nie były błyskawice i grzmoty. przywołały one to mej głowy sytuację całkiem niedawną, bo niedzielną, kiedy to miałem widzieć się na drugie spotkanie spacerowe z Rybakiem (o którym mowa w notce poprzedniej). wtedy to zdołaliśmy ledwie 5 minut przejść, gdyż potem konieczne było skrycie się na przystankowej wiacie. w tym jednak wypadku nie było tego złego... gdyż miałem okazję zapoznać się z jego kotem i mieszkaniem. co dobrego wyniknie z dzisiejszego niebyłego spotkania - czas pokaże.
[na marginesie należy dodać iż Rybak jest znajomym Kudłatka, jak to udało mi się już wyśledzić. ciekawe, ciekawe...]



a w piątek z rana czas udać się na Koniec Świata. pierogi z jagodami czekają :D
(Spencer, spójrz na numerek!)

[...]

poniedziałek, 9 lipca 2012

(665). czyli romans romans romans.

tylko u licha po co.


wprowadza to tylko zamęt w me spokojne i uporządkowane życie. i tak nic z niego nie będzie, bo mi się nie chce. pewnie znowu ktoś się przestanie potem do mnie odzywać, ale cóż na to poradzić, iż jestem zachowawczy, niespieszny, niezdecydowany etc.
owszem miło jest spacerować bez celu po dziwnych zakątkach krk, miło jest spożywać napoje procentowe nad wisła, miło także jest popełniać nieobyczajne wybryki z powodu przepełnionego pęcherze tamże. miło wiedzieć, że ktoś super całuje, szczypie i działa na ciebie wystrzałowo. miło. miło nawet że też interesuje się koleją, tramwajami i innymi takimi dziwnymi reliktami epoki poprzedniej. miło też moknie się wspólnie uciekając przed burzą na przystanek, a potem odpoczywa na łóżku z kotem (którego chciałem zabić na dzień dobry, gdyż takowych nie cierpię). można się także - będąc miłym - poświęcić i ubrać białe soxy. czemu nie. tylko czemu u licha te całe mizianie, gmeranie, dyzianie nie działa na mnie nic a nic? bo to pewnie nie ten. daję sobie jeszcze kilka dni i ukręcamy romansowi głowę. choć może łatwiej byłoby ukręcić główkę. całkiem pokaźną w sumie.
do tego dorzucić można jeszcze dwóch absztyfikantów dobijających się na portalu. każda pojawiająca się czerwona chmurka z powiadomieniem przyprawia mnie o nudności. jest z jednej strony interesująca, ale z drugiej - drażniąca. niech oni wszyscy idą w cholerę. mi chyba najlepiej jest być silnglem. przynajmniej w tym momencie życia. 
a co się przyjemnego zdarza, niech się nadarza, ale niech nie rodzi konsekwencji. chyba. nie wiem. nie oni w każdym razie.
ten, który mógłby kiedyś zrodzić konsekwencje dziś wkurwił mnie nie miłosiernie. bo oczywiście ja o jego romansikach i pseudozwiązkach dzielnie słuchać powinienem i porad udzielać, natomiast gdy ja zmarudzę na otrzymana zaproszenie 'na budyń' od razu powietrze robi się gęste że można je kroić. (a jutro minie rok odkąd się widzieliśmy ostatni raz...) 




do tego kraków jest mały, a świat zły. i nawet zakupy nie pomagają.

[...]

wtorek, 19 czerwca 2012

(659). czyli rozpraszacze.

ale jakże cudowne!



spóźniłem się prawie na poranny autobus przez nich. w sumie nic dziwnego ;).

[...]

wtorek, 12 czerwca 2012

(656). czyli zła karma? dziwna karma?

czort wie jaka w sumie, ale raczej chyba nie dobra.


wchodzę czasem sobie na nasz śliczny niebieski portal. czasem też pojawiają się na nim jakieś powiadomienia. żyć, nie umierać, cieszyć się i radować. z racji tego, że są. to nic, że pochodzą wiadomości od kogoś ze śląska (za daleko), ze świętokrzyskiego (za daleko i za stary, opcja +40 nie wchodzi jednak w grę), od kogoś z czech (w sumie rozmowa z nim mogłaby być nawet zabawna), od kogoś <18 (nie lubię dzieci) albo od innych przypadków nie pasujących bynajmniej w moje widełki zainteresowań. 
pewnie jakbym sam się zabrał za pisywanie do tych odpowiedni bym nie narzekał. ale jak wiadomo jestem leniwy i nie chce mi się. zatem sobie ponarzekam ;]
odwiedził mnie także blogger pewien z miasta królewskiego, pozdrawiam q.!




a to jakby o mnie ;)

[...]

czwartek, 3 maja 2012

(644). czyli duży błąd.

no właśnie, czy ada popełniła duży błąd, czy może popełnił go jej absztyfikant?




bo niby co do zasady nikt nikogo raczej za tego typu czyny nie odepchnie, nawet mimo początkowych oporów. ale jeśli... i tu właśnie się rodzi problem 'co wtedy'. bo jednak nie byłoby to wielce radosne wydarzenie ;).
warto próbować? przełamywać opory przede wszystkim własne i może też poniekąd cudze. a może inni też mają opory podobne do naszych i im je się trudniej przełamuje?
też byście na miejscu bohaterki piosenki powiedzieli całuśnikowi 'nie!'?
i potem ma miejsce duży błąd. tylko pytanie brzmi po której stronie i czy nie jest to czasem błąd zaniechania.


a historia nieśmiałości (w ujęciu abstrakcyjnym wzbogacanym przykładami) pewnie kiedyś kontynuacji się doczeka.

[...]

środa, 25 kwietnia 2012

(641). czyli faceci są dziwni.

chyba nawet bardzo.


co jeden to ciekawszy przypadek. 
niektórzy - vide Chemik - się obrażają, gdy na po raz kolejny zadane pytanie o cel spotkań odpowiadam, że jest nim li tylko wymiana myśli i spożywanie kaw i innych produktów. zdaje się, że kolejnych już nie będzie. zapłaczę się chyba.
zapłaczę się chyba też dlatego, że nikt do mnie nie pisuje na kmpl, a jeśli już pisuje, to moje odpisywanie nieco od niechcenia zdaje się jednak być im wyczuwalne i korespondencji ze mną całkiem szybko zaniechują. ooooh!
nad czym jeszcze by tu sobie popłakać. można nad niektórymi nieogarniętymi znajomymi, można pewnie i nad sobą, z racji krążących po głowie czasem myśli, ale przede wszystkim nad roztrzepaniem i brakiem zorganizowania momentami i bardzo krótką i płytką pamięcią. i nad tym że wciąż nie mogę kupić żadnych trampeczek też.
w sobotę pewnie widzę się z Lakmusowym, nad tym bynajmniej nie płaczę. gorsza jednak wydaje mi się perspektywa piątku i czyszczenia w kancelarii wszelkich zaległości i zaszłości przed nadciągającym łikendem. brrrr. a nawet BRRR.




póki co jednak warto się pozachwycać starocią usłyszaną przypadkiem w radio w pracy. bo warto nie pracować w ciszy, a przy dźwiękach muzyki płynących.

[...]

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

(636). czyli nic trudnego.

przespać się z kimś.


każdemu się zdarza (no może nie tym, którzy znajdują od razu miłość od pierwszego wejrzenia i na całe życie. takim to tylko zazdrościć!). ot pojawia się odpowiedni znajomy, pojawiają się odpowiednie okoliczności i chęci i w łóżku człowiek ląduje. w celu stricte stosunkowym lub tylko w połowie.
następnego poranka, czasem też przez kilka kolejnych dni prowadzi się różne rozważania głębokie 'co by to było gdyby'. bo przecież było tak fajnie, tak blisko, czule, ciepło. w końcu. trafiło się na to czego ostatnio brakowało. to nic że z definicji wiemy, że to tylko na chwile, że takie są założenia i że następnego dnia powinniśmy się zachowywać jak gdyby nigdy nic. czasem mózg nie chce wygrać z pewnym innym organem (i bynajmniej nie chodzi o penisa) i prowadzone są na kanwie ów czułości zaliczanych do koleżeńskich usług analizy zmierzające w stronę, w którą zmierzać nie powinny.
za którymś razem na szczęście nie ma już to miejsca, gdyż zasady gry wchodzą w krew.
zdarzało się mi, zdarzało się moim znajomym i pewnie zdarzać wciąż czasem będzie. (jacyż to my zepsuci i rozpuszczeni!) ot życie. ważne by potem nie rozmyślać. ja już potrafię od dłuższego czasu. w sumie jestem całkiem dumny z siebie, może nie powinienem. czort jeden raczy wiedzieć.




ostatnio pewien mój znajomy jednakowoż popadł w owe dziwne rozmyślania, z których raczył mi się pozwierzać. porozwiewałem jego chmurki nieco, jednak zadał mi pytanie jak to bywało właśnie w moim przypadku, przy okazji korzystania instytucji friend with benefits. a że pytał dość szczegółowo, to i padło pytanie jak to było przy okazji  moich kontaktów z nim (choć te jednak miały w swym założeniu cel raczej poważniejszy niż przelotny). czasem pewnych pytań nie powinno się zadawać, tym bardziej gdy pewne rozmyślania wciąż chodzą po głowie mi, a jeśli chodzą i jemu (o czym z pewnych źródeł wiem), tym lepiej unikać tematu. dość szybko rakiem zaczął się wycofywać, jednak karty, które odkrył, odkrytymi już pozostaną. moje niektóre w sumie też. ale to i tak do niczego nigdy nie doprowadzi. chociaż kto wie. za rok może dwa.

[...]

środa, 4 kwietnia 2012

(632). czyli mężczyzna czy chłopiec.

chłopiec czy mężczyzna.


zastanawiające kogo szukamy i pożądamy i kim sami tak naprawdę jesteśmy. albo w jakich proporcjach.
czy bardziej zdecydowani, czy podejmujący wszelkie decyzje z trudem. a może w zależności od ich przedmiotu i konieczności. spontaniczni czy przemyślani i uporządkowani. pragmatyczni romantyczni. wybierać przebierać w miksach osobowości i ludzkich profili charakterów. i nie wiadomo co lepsze, czego szukamy i dokąd zmierzamy. i co jest bardziej urokliwe i miękko i mokro robiące.
na deserek jeszcze dialog z kancelarii. sytuacja wiedzy chłopców się nie zmieniła. nadal nic nie wiedzą o mnie. a mnie pechowo właśnie zimno wyskoczyło na wardze, toteż w połowie dnia udać się do apteki po odpowiednią substancję. smutne wieści o tym co mi wyskoczyło, chłopiec skwitował: ojej to dziś nie będziemy się całowć? :(. odrzekłem że i mi szkoda i żal i w ogóle, ale że innym razem i owszem.




wiosnę czuć w powietrzu! w końcu!

[...]

sobota, 17 marca 2012

(624). czyli czyli pomieszanie z poplątaniem.

vel słowna sałatka (jako rzecze keram).


wiosna przypuściła na świat zmasowany atak. szturmuje ciepłem, słońcem i ptakami. zaczęło się już w piątek. choć poranek wyglądał całkiem nie pozornie, to jednak prognozy i wieści z frontu zapowiadały temperaturę w okolicach dwudziestki. czas nadszedł także na wyjęcie trampek.uderzenie miało fatalne skutki. doprowadziło do mego osłabienia, zakręcenia i zamotania. dość że omal nie położyłem szefom na biurku zamiast faktury za zakupy, wyciągu z własnego konta w dwóch kopiach. wszak oba  papióry były złożone na 4 i oba były w mej teczce, cóż poradzić, że wyjął się nie ten co trzeba, nie ten co trzeba się skserował i nie ten co trzeba położył się. dobrze, że w ostatniej chwili coś mnie tknęło, rzuciłem okiem i stwierdziłem ze zdziwieniem, że to jednak nie to. całe szczęście, że tego dnia ich w pracy nie było i nie oddawałem im tego do rąk własnych.
wybawieniem okazało się wcześniejsze wyjście i udanie na dworzec pks, 3godzinna drzemka w autokarze i przybycie do domu.
dziś wiosny ciąg dalszy, tym razem w ogródku, na krzesełku, w lekkim półcieniu, coby na słoneczny szok zbyt się nie narażać ;). mama sadziła bratki, a ja się z ciekawością młodego człowieka rozglądałem po świecie, pełen zachwytu nad jego coraz to większym rozkwitem. imieniny dziadka też minęły całkiem spokojnie, choć zestaw potraw diecie mej raczej nie sprzyjał. ale pakuję buty do biegania i może w krk, coś w kierunku ruchu, z nimi na nogach, poczynię ;).



a jutro witaj wawelu. i witajcie śliczni niemieccy chłopcy na pokładzie. szkoda że nie w mundurkach ;)

[...]

czwartek, 15 marca 2012

(623). czyli nie chce się.

mi. nie chce się mi.


pisać mi się nie chce. więc nie piszę. stąd i notek brak. w sumie to też dlatego że nie mam za bardzo o czym, gdyż tak naprawdę nie dzieje się nic. w sumie zawsze pisałem o niczym, ale teraz to chyba nawet tego nie ma ;). stąd drobne spowolnienie wieszczę. a znając mnie długo - mimo szumnych zapowiedzi - ono nie potrwa.
co dzień czynię mniej lub bardziej mądre rzeczy za wielkim biurkiem. mierzę się z poważnymi problemami i mniej poważnymi ludźmi. chodzę, głównie w celach zawodowych do poważnych instytucji, marzę o leniwych i bezcelowych spacerach po błoniach, ale to może pow łikendzie jak będzie już cieplej i jak już zdołam powrócić z Końca Świata.
niektóre sprawy wyjaśniają się same poprzez dodanie do nich kilku pojawiających się znienacka i dochodzących do mnie przypadkiem czynników. mimo równoczesnych informacji i obserwacji, które pozwalają wyciągnąć wnioski przeciwne, by potem móc wyciągnąć wnioski przeciwne do tych przeciwnych i znów znaleźć się w punkcie wyjścia. szkoda że nie wejścia. to by było dużo bardziej przyjemne.



zatem zmieniam się chwilowo w Ajsa i grożę i rozważam zawieszenie się w blogowej czasoprzestrzeni ;).

[...]

piątek, 2 marca 2012

(616). czyli znamy się tylko z widzenia.

i jedno o drugim nic nie wiem.


przez korytarz szeroki jak rzeka, uśmiechamy się czasem do siebie. wiem, że masz oczy niebieskie i nosisz śliczny garnitur, albo ślicznie ci w nim. i aż się zagapiłem na ciebie dziś na korytarzu w sądzie. i idąc naprzeciw, wzrokiem przez dobre kilka metrów mierzyłem. aż w końcu powiedziałeś mi 'cześć' - wszak znamy się z widzenia ze wspólnych zajęć.
w sumie to się tego nie spodziewałem, że wgapiając się w kolesia, całkiem niebrzydkiego w sumie, kojarzonego jedynie z widzenia, wymuszę na nim odezwanie się. z wrażenie aż odpowiedziałem ciut za późno a potem zapomniałem - zgodnie z etykietą gejów-ulicznych-oglądaczy - obejrzeć się za nim na korytarzu, by sprawdzić czy nie zrobił tego samego, ale czort z tym.



nastał łikend, w zeszły widziałem się z mym kochanym kuzynem, któż w planach na nadchodzący? tajemnica :P

[...]

środa, 22 lutego 2012

(610). czyli kolejowe spostrzeżenia.

okiem mym poczynione.


wracałem w miniony łikend do krk pociągiem, którym jeździć nie powinienem z powodu niestosowności ceny biletu, a którym z konieczności oraz braku czasu podróżuję jednak. tym razem bilet kupiłem i rezerwacji dokonałem dzień przed wyjazdem a nie jak to zwykle czyniłem tuż przed wyruszeniem w podróż. być może właśnie to przyczyniło się do tego, iż wylądowałem w wagonie podczepionym do składu przed deutsche bahn a nie pkp intercity. okazało się to podwójnym co najmniej błogosławieństwem. po pierwsze z powodu cudowności siedzeń, idealnego ich dopasowanie do mej sylwetki, większej ilości miejsca na nogi oraz praktyczniej zaprojektowanych stoliczków, które po rozłożeniu nie opierają się jednak na kolanach ograniczając w ten sposób możliwości przyjęcia wygodnej pozycji. po drugie z pasażerowie byli ładniejsi niż ci, których zwykłem oglądać w polskiej części składu. od chłopców ślicznych aż się roiło. w dodatku wstawali, siadali, gdzieś sięgali,  a że spodnie nosili ciut luźniejsze lub biodrówki, to i co nieco mi pokazali :D co wprawnym okiem jak zawsze dojrzeć musiałem :D. twarze w sumie też całkiem przyjemne, momentami nie wiedziałem za którym się oglądać lub któremu przypatrywać. a miałem wszak spędzić podróż spokojnie zaczytany, zgłębiając przygody szelmowskie pewnej niegrzecznej dziewczynki.



coś mi się podróży i wycieczek do niemieckojęzycznych krajów zachciało. a wiedeń tak blisko!

[...]

niedziela, 12 lutego 2012

(604). czyli najbardziej urocza randka świata.

wg pewnej osoby znanej mi bliżej.


w dodatku z moim udziałem. to tak, by zabawniej było ;).
kilka lat temu, pewnie tak ze cztery, porą jesienną, ale jeszcze ciepłą rzecz się działa. spotykaliśmy się od całych kilku dni, ale była to jedna z tych znajomości szybko się toczących, spontanicznych i dziejących się ot sama z siebie. liście nabierały już barw, pachniało dymem i lekko gnijącymi owocami (didaskalia: ogródki działkowe były niedaleko). spotkać się mieliśmy tylko na kilka chwil, pewnie jakieś kolokwium nade mną wisiało. po kawie jednak udaliśmy się tramwajem na pętlę a następnie wspinać zaczęliśmy się na kopiec kościuszki, którego oczywiście nie osiągnęliśmy. zasiedliśmy na ławeczce z widokiem by podziwiać miasto z góry i zachodzące nad min słońce. rozmowa toczyła się leniwym rytmem. z przerwami, by móc posłuchać odgłosów świata. powoli zmierzchało. rozmowy stawały się przerywane coraz dłuższymi pauzami przeznaczonymi na wpatrywanie sobie w oczy (co siedzenie naprzeciw siebie po turecku wielce nam ułatwiało). wciąż onieśmieleni sobą woleliśmy jednak udawać, że nie wiemy do czego to zerkanie i przypadkowe muśnięcia dłoni zmierzać mają. robiło się coraz ciemniej i zimniej. choć wciąż temperatura była bardzo przyjemna. tramwaje już dawno przestały jeździć. czas było powoli się zczłapywać ze spokojnej krainy. jednak zanim wróciliśmy niewinna aura spotkania, spotkaniem warg przełamana została.
później działy się różne rzeczy między nami.
dobrze, że to już za nami - powiedział, gdy pewien czas temu o tym wspominaliśmy sobie. cieszę się że Cię mam. i ja się cieszę. tak jak z - pozornego chyba jednak - uporządkowania wszystkiego między nami. 
***
i żeby nie było, już taki romantyczny nie jestem. wyrosłem trochę. co nie oznacza bynajmniej, że czasem się nie cofam dość chętnie by podobne rzeczy wciąż czynić. jednak w sposób bardziej zaplanowany i uporządkowany. a może się nie da jednak wszystkiego przewidzieć, zapisać, zaplanować. i pewne rzeczy wychodzą same w praniu. czy tego chcemy czy nie. tylko się trzeba odważyć i przestać myśleć i analizować. 



a jutro spotkanie nr 4. wciąż z tą samą osobą. zadziwiające.

[...]

czwartek, 26 stycznia 2012

(591). czyli różowy sweterek?!

dla mnie?!


nawiedziłem przedwczoraj przypadkiem galerię. ot udało mi się wcześniej wyjść zza mego wielkiego biurka, a że galeria tuż tuż, to podjąłem jedną z niewielu spontanicznych a ważkich decyzji - na zakupy! całość oczywiście udało mi się oblecieć w pół godziny. zwykle nic nie kupuję, bo nic mi się - oczywiście - nie podoba. tym razem było inaczej. trochę się do poszukiwań wytężonych zmusiłem w sumie, wszak to miał być zaległy gwiazdkowy prezent. ważne, że skutecznie. 
krążąc tak sobie wylądowałem w spf. oglądam sweterki rzeczone, cała gama kolorów, a że szukałem ciemniejszych do przymierzalni porwałem ciemnoszary. ot by zbadać czy s czy m. o dziwo s było nawet luźne, więc drugiego nawet nie mierzyłem. gdy oddawałem niepotrzebny sweterek przemiłemu panu, by go odłożył na półkę, zasugerował mi ów, że jest promocja i drugi sweterek okazyjnie, bla bla bla. stałem więc jak to ciele przy regaliku pełnym malowanych sweterków i się gapiłem. a pan doradzać próbował. pierwsze co zasugerował to był kolor różowy, i to pytanie 'a możę teeen?', i ten nadgarstek wygięty wskazujący na ten kolor. (ciekawe czy to było badanie mej orientacji, czy może aż tak spedalenie wyglądałem, że stwierdził, że tylko róże noszę. już mu miałem powiedzieć, że tak kolorową to tylko bieliznę noszę, a inne elementy garderoby raczej kolorów spokojnych, ale się powstrzymałem. chyba niestety). w końcu stanęło na śliwkowym, gdyż też był mało intensywny w barwie. w sumie 2 sweterki w cenie jednego. mama się cieszy, ja się cieszę. wszyscy się cieszą. szkoda tylko, że pana ze sklepu na żadnym portalu nie mogę znaleźć ;]. 
znalazł mnie za to i zaczepił na kumpello sprzedawca z innego sklepu w tejże galerii. ale to akurat nie mój typ, więc przykro mi :P.



oczywiście pada śnieg, a ja nie wziąłem parasola ;/.

[...]

wtorek, 10 stycznia 2012

(577). czyli pa, pad, pada, ...

padam.


dosłownie. wieczorem przykładam głowę do poduszki i już śpię, a rano coraz trudniej mi się wstaje. chociaż... dziś obudziłem się godzinę przed budzikiem i długo zastanawiałem czemu nie dzwoni jeszcze, zanim sobie uświadomiłem, że jeszcze nie czas. potem kawa, śniadanie, truchtamy na wiecznie będący za wcześnie autobus, siedzimy kilka godzin na krześle, wracamy, uczymy się (bo przecież sesja nadciąga). i tak w kółko.
czasem wypada też pojawić się na zajęciach, pouśmiechać i nie odzywać by nie pokazywać, że jest się zajętym w wolnym czasie (którego brak) czymś innym niż bieżące czytanie lektur.
od wczoraj jestem oficjalnym i pełnoprawnym członkiem tajnej loży. pasowanie w jej szeregi odbyło się dla niepoznaki w pewnej przykościelnej auli, do której trafić było niełatwo. (mój nieskazitelny charakter został już niejako oficjalnie potwierdzony). wypatrzyłem nawet ładnego chłopca. wiem jak ma na imię, wczoraj pamiętałem jak ma na nazwisko, ale ledwie wróciłem do domu, umknęło mi ono. a było takie proste do skojarzenia. gr!!



a wszystkich uprasza się o cierpliwość. muszę się ogarnąć ;]

[...]

piątek, 30 grudnia 2011

(566). czyli boy-bait.

w wolnym tłumaczeniu: lep na chłopców.


przepis na taką potrawę poleca sama nigella, może będę musiał się zabrać za jej przygotowywanie. trzeba jeszcze tylko będzie znaleźć stadko ofiar, by móc ją na nich wypróbować ;) ale to już w nowym roku.
w nowym roku też na pewno... nie poczynię żadnych postanowień :D jedyne co wiem, to pewnie będę dbał o przypadkowe i nieprzypadkowe spotkania z NN. może jego warto tym lepem by potraktować :D.
a sylwester w domowych pieleszach. i w sumie jestem z tego zadowolony. szlafroczek, wełniane skarpetki i pewnie zalegnę na bujanym fotelu, grzejąc się przy kominku, będę zerkał na koncert na polsacie. chyba dziadzieję ;).



a już jutro post z podsumowaniem. naprawdę. poważnym takim. aż sam się sobie dziwię, że takowy powstaje :D. zapraszam od rana ;).

[...]