Pokazywanie postów oznaczonych etykietą studia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą studia. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 lipca 2012

(664). czyli porno dla ubogich.

wieczorem, u mnie.


no prawie. bo gdzieś kilka mieszkań obok, ale odgłosy jakby u mnie.
obudziło mnie to dziś w środku nocy. to że słabo ostatnio sypiam to już swoją drogą, dobijająca w dzień alergia - choć tłumiona tabletkami - daje się we znaki nocami trochę, w formie kaszlu i bólu gardła (kto to ogarnie...).
okno otwarte, więc się niosły po osiedlu pojękiwania i odgłosy posuwania, stęknięcia. zamknąłem okno - niewiele to dało. widać stosunki odbywały się gdzieś w moich okolicach. zaczęły nawet momentami narastać, co mnie w sumie ucieszyło, gdyż wieściło dojście pani lub/i pana. eh gdyby to byli dwaj panowie, to źródła odgłosów bym poszukał, a tak to pozostało mi tylko głowę poduszką nakryć.
ciekawe co mnie dziś czeka.


btw. rok temu obroniłem mgr, w poniedziałek licencjat. za rok matura?

[...]

czwartek, 21 czerwca 2012

(660). czyli jak przyprawić o zawał panią na poczcie.

bardzo prosto oczywiście.


choć akurat ja uczyniłem to całkiem nie świadomie, a z paniami pocztowymi - jako stały klient - relacje mam całkiem dobre. wczoraj był zły dzień, dziwny dzień, dzień męczący. jako że szef wyjeżdża na urlop wszelkie sprawy w toku należało pozakończać, co oczywiście wiązało się z zostaniem przez czas nieplanowo długi na stanowisku dowodzenia za swym biurkiem. w stanie niemal 'helikoptera w ogniu' udałem się na moją ulubioną pocztę. pani bije jeden lis, drugi, treci, eny. ja zbieram te potwierdzenia nadania za każdym razem i zerkam tępo na cyferki stemplem nabite i coś mi nie pasuje. 20061219. myślę sobie jaki u licha dzięwiętnasty, przecież jest dwudziesty, jaki u licha grudzień skoro czerwiec i jaki - w końcu 2006 skoro jest 2012. co też uprzejmie pani wskazałem. pani stan przedzawałowy przeszła gdy zawisła nad nią możliwość iż biła trochę nieodpowiednią datę cały dzień na listach. tymczasem wszystko okazało się w porządku, tylkom spojrzał na datę od dupy strony i tak 20.06 stał się rokiem 2006. ciekawe czy ta pani jeszcze mnie lubi :D
do domu jakoś przed 20 zlądowałem, a czekały mnie śliczne notateczki do czytania. egzamin odbył się dziś o poranku, po bardzo krótkiej nocy. jak na ilość poświęconego czasu na naukę wynik oceniam nad wyraz dobrze :D. i w ten piękny sposób przeleciałem przez me kulturoznawcze 3 lata nie spostrzeżenie prawie. jeszcze tylko egzamin licencjacki i finalito.


i coś czuję, że jutro szybko pracę skończę, skoro będę w niej w sumie cały czas sam siedział ;]

[...]

sobota, 16 czerwca 2012

(657). czyli warto się uśmiechać.

że też ja to mówię, sam sobie nie dowierzam!


i z takim uśmiechem na twarzy poleciałem na zaliczanie ustne całego semestru ćwiczeń z dziejów kultury naszej ukochanej, hamerykańskiej. jednak mimo to stres oczywiście był, gdyż stos tekstów raczej pobieżnie przejrzałem niż dokładanie przeczytałem. i jak się okazało też niepotrzebnie :D pani dr (szkoda że nie pan) była na tyle miła iż pozwoliła wybrać mi z sylabusa jedno z zagadnień, które mi się najbardziej podoba i o nim opowiedzieć. cóż może zrobić zmyślny max? ano może powiedzieć, że żadne mu się nie podoba i opowiadać o wszystkim i niczym, zaczepiając - bardzo po łebkach - każde z zagadnień w zakresie minimalnym. na piątkę starczyło. :D
teraz czeka mnie tylko czwartkowy egzamin z literatury. jeszcze tylko 5 lektur przede mną. a łikend już się ma na półmetku. póki co udało mi się jeżdżąc autobusami skończyć 'anię z zielonego wzgórza'. oh, ileż wzruszeń mi ona dostarczyła! i mówię to poważnie całkiem. widać mnie wzrusza już wszystko dosłownie, ciekawe dlaczego. dorzucając do tego noszone wszędzie najbardziej urocze chusteczki higieniczne pod słońcem, musiałem w mpk stanowić całkiem ciekawy widok.
jeszcze potem tylko 2 lipca egzamin licencjacki i skończę definitywnie przygody ze studiami. (w sensie uczęszczania na zajęcia i zaliczania egzaminów, bo studentem w różnych celach pozostanę nadal, muszę tylko odpowiedni kierunek znaleźć, co każdego nań przyjmują :D).




i czas dziurkacz w dłoń chwytać ;].

[...]

niedziela, 20 maja 2012

(650). czyli kto nie pije w juwenalia...

temu gniją genitalia.


to mi już chyba zgniły dawno, i już kilka lat temu, jeszcze w poprzedniej dekadzie, gdy byłem na pierwszym roku studiów. przetoczyły się ów kolorowe pochody przez kraków, osobistości poprzebierane nawiedzały także o poranku autobusy, którymi się przemieszczałem. i po co ten tłok robić, no po co utrudniać ludziom pracy (to nic że tym razem zmierzałem do galerii) życie? i maszerują potem po mieście, wybierają studentkę najmilszą, miss mokrego podkoszulka i inne takie. (choć na gazecie potem ładne zdjęcia nawpółroznegliżowanych panów wraz z relacją z pochodu wrzucili). i po co to i na co. pić można każdego dnia, bawić się w każdy łiked. przebierać na karnawał można było od lat. po co więc do dodatkowe atrakcje tego typu, które porządek i uporządkowaną codzienność zaburzają? ja nie wiem, może jacyś miłośnicy w/w uroczystości mi to kiedyś wytłumaczą. bo jak dla mnie to wszystko budzi tylko jedną reakcję w głowie 'eee yyy'. i kropka.
łikendowa wyborcza w swym wysokoobcasowym dodatku raczy nas artykułem o wisławie szymborskiej (zapowiadając biografię o niej wydawaną na dniach przez znak). artykuł, choć niestety dla mnie przykrótki, polecam. także to w jak specyficzne - i bardzo trafne i chyba jednak całkiem życiowe - słowa można ubrać swój długoletni związek - byliśmy końmi, które cwałują obok siebie. archiwalne fotografie - cuda! KLIK. cały artykuł, jakby ktoś nie zdążył, to można się do mnie uśmiechnąć mejlowo ;).



jutro zaliczanie lektury (jeden z niewielu dni, kiedy jestem na uczelni), trzeba wreszcie się zabrać za czytanie :D, dziś jeszcze kino, a już we środę! odliczanie czas zacząć!

[...] 

sobota, 12 maja 2012

(648). czyli czas na oddech.

powietrze można wreszcie spokojnie wypuścić z siebie.


bardzo ważny sprawdzian w mej bardzo ważnej i poważnej korporacji zaliczony, zatem można rozpocząć łikend, można rozpocząć lenistwo trwające dłużej niż do poniedziałku. póki co nic nade mną już nie wisi poważnego. wszak nie można poważnie traktować nadchodzącej sesji, zaliczeń i innych tego typu smaczków z mego instytutu, w którym każdy jest taki milusiński, że aż słów podziwu czasem brak :).
w naukowym międzyczasie zajmowałem się oczywiście pracowaniem - niestety nic nadzwyczajnego, zajmowałem się także narzekaniem na upał - jak to dobrze że nadeszli zimni ogrodnicy wraz z zośką, wreszcie można odetchnąć. jednak udało mi się też powitać, przelotnie niestety tylko, na krakowskim bruku Tahoe zmierzającego na Wschód. 




i tyle muzycznych nowości poodkrywałem, że nie wiem kiedy będę miał czas się wreszcie z nimi na spokojnie zapoznać. i lambert, i ting tings, i june i czekam jeszcze na little boots i diane vickers. oh oh oh, mówiąc krótki :D

[...]

piątek, 20 kwietnia 2012

(638). czyli wysublimowane rozrywki.

i potoki finezyjnych słów.


całotygodniowe zalatanie wysysa wszystko. kancelaria - sąd - kancelaria. i do domu i na zakupy i na zajęcia jakieś mądre. i każdy dzień taki sam. każdy tydzień w sumie. nie brzmi to dobrze, nie brzmi to optymistycznie, brzmi to powielokroć nijako i nudno. momentami takie jest. choć mimo to całkiem mi się podoba. wbrew pozorom wszelakim ;].
dziś jednak z monotonii mej wyrwało mnie seminarium i konieczność zaliczenia nań całego dotychczas przerabianego materiału (bo skoro nie chodzę co tydzień, to co pewien czas niestety trzeba się wykazać i wyraz swej wiedzy dać). przygotowaniom nań poświęciłem co prawda całe wczorajsze i przed wczorajsze popołudnie, jednak był to tylko plan minimum, liczyłem oczywiście na wiedzę wrodzoną i urok osobisty (wszak doktor żonaty, to na pewno się złapie na to! ;]) oraz łatwość popadania w słowotok o niczym i około tematyczny. i się udało, a to za sprawą szczęśliwego dla mnie losowania. przypadkiem pytania niektóre prawniczozbieżne się trafiały, więc młyn za sprawą wielkiej ilości wody obracał się w miarę prędko a i język pracował coraz to bardziej wielozłożone konstrukcje budując. 
niby obowiązek, ale wyjątkowo przyjemny. dawno nie byłem na jakichkolwiek zajęciach na studiach. ot z braku czasu po prostu. i już wiem że jest mi ich jednak brak.



a jutro na zakupy, a potem na spotkanie przy piwie z chłopcami z kancelarii. ciekawe.

[...]

poniedziałek, 6 lutego 2012

(600) czyli kolejna setka.

przede mną.


miał być ten post o czym innym, ale oczywiście nie mam czasu na tworzenie żadnych pogłębionych treści, planuję pozostać w swej skrybiarsko-pamiętnikarskiej formie.
łkend minął naukowo, dziś zwieńczony został egzaminem, który ani mnie uradował, ani zasmucił. ta cała sesja w ogóle średnio mnie jakoś wzrusza i obchodzi. i mało mi na rękę też jest. w sumie to chętnie etap studiowania zostawiłbym jednak za sobą i zajął na 100 albo choć 90% aktywnościami poważniejszymi i okołozawodowymi. aż się sobie dziwię, że takie poglądy wygłaszam, bo dotychczas marzyło mi się być wiecznym studentem ;)
kolejny egzamin w piątek, potem za półtora tygodnia. porozkładałem je jak tylko się da, w sumie sesja zajmuje mi ponad miesiąc, ale dzięki temu nie zarywam nocy i udaje mi się pogodzić wszystko jakoś. w miarę tak, bo już ambicji na śliczne oceny nie mam. bo w sumie do czego mi one.
i po tygodniowej ponad nieobecności wróciła moja współlokatorka. i się skończy latanie w samych bokserkach. albo i bez ;).



a jutro się wybieram do kina. na film o marilyn m. z Lakmusowym.

[...]

czwartek, 19 stycznia 2012

(584). czyli to nie mógł być dobry dzień.

dzień wczorajszy.


a dzisiejszy w sumie lepiej się nie zapowiada. póki co nie ma jeszcze 10 rano, a ja już zdążyłem się obudzić pełen niewyspania i z wielkim trudem. na nic zdało się wcześniejsze zawitanie i otulenie różową kołdrą. na nic ponad 8h snu. czuję się jakbym nic nie spał. w dodatku za późno wygrzebałem się spod rzeczonej kołdry, przez co ledwo zdążyłem się wyszykować, ledwo dopiłem kawę, i ledwo co skleciłem jakiś w miarę sensowny zestaw ubrać, oraz ledwo co dotruchtałem na autobus. ale udało się sukces osiągnąć dotarłem na czas. i w sumie nie wiadomo po co, gdyż siedzę sam, owszem mam coś do dziobania i pisania, ale nieco dłuższe spóźnienie też pozostałoby niezauważonym.
wczorajszy dzień lepszy nie był. choć może lepiej się zaczął. nie zaspałem, nawet się wyspałem, mimo że spałem krócej i mimo że na 8 musiałem się zebrać jeszcze na arcyciekawe zajęcia. udało się. jednak potem 4h z hakiem siedzenie za biurkiem w sukcesy obfitowało już mniejsze. trzy drobne zjebki z pewne błędy w mych tworach pisanych. ale cóż, ja tu tylko sprzątam. tzn. dopiero się wdrażam i uczę. więc może się zdarzyć. ale pałam wciąż, mimo to, zapałem i optymizmem do zgłębiania tajników wiedzy.
przez drobne podpadnięci nie wypadało mi wymknąć się tyle wcześniej, ile sobie zaplanowałem by zdążyć na spotkania, które oczywiście musiałem o kwadrans przesunąć. ale nie byłbym sobą, gdybym był punktualnie :D.



ale zawsze mogło być gorzej. mógł/może przecież padać śnieg.

[...]

środa, 1 czerwca 2011

(397). czyli masterplan.

ułożyłem wczoraj.



tak, nawet jestem z siebie dumny :D. a zatem: dziś - kolokwium, jutro - kolokwium, pojutrze - egzamin. szkoda że w tym ciągu nie mam niczego na sobotę zaplanowanego, bo jak się człowiek wciągnie to potem jedno po drugim już automatycznie tak zalicza ;D.
wieszczę w krk dziś też jakąś burzę znów. burze mnie lubią. ja je niekoniecznie już. a oczywiście tuż po północy jedna znowu się przetoczyła. brr! dzięki temu mogłem się dłużej pouczyć (bo przecież spać i tak niepodobna). dzięki temu mamy dziś piękną szklarniową duchotę. cóż czas na mokasyny i spodnie kwieciste zatem. i jakąś zwiewną i przewiewną górę.


a wszystkim książętom i księżniczkom z okazji dnia dziecka najlepsze życzenia składam!

[...]

wtorek, 31 maja 2011

(396). czyli patrick & the city.

zachwycam się globalnie.
atakuję na fejsbuku, lastfm, zaatakuję i tu.



też się pozachwycajcie.
ja tymczasem pomyślę czy kolokwium pisać jutro czy w czwartek, i czy jedno czy dwa. i czy może by egzamin sobie jeszcze w czwartek napisać, czy się pouśmiechać i udać w innym terminie. eh, jaki ten świat skomplikowany. i jaki gorący.


i chłopiec, coby tradycji zadość poczynić. 

[...]

poniedziałek, 17 stycznia 2011

(256). czyli generalne porządki.

szczotka-kubek-pasta-ciepła woda.



i parę innych bardziej toksycznych gadżetów zostało użytych. ot jeden ze skutków ubocznych podejmowania gości na swych włościach - porządek :D. czystość zapanowała wszędzie. tzn na terenach przypadających mi w przydziale. Słoneczko i jo. zajmą się resztą już niebawem. a przynajmniej mam taką nadzieję, bo inaczej będę musiał być niemiły ;).
odbyłem dziś także pierwszą w życiu rozmowę o pracę. co prawda symulowaną, ale przed kamerą i w ramach zaliczania kursu z pr. nie zmienia to jednak faktu iż sama w sobie ona była stresująca. jak każda ma aktywność na forum albo w inny sposób wymagająca 'stania na środku'. 


magda czapińska napisała kiedyś, że 'szczęście to garść pełna wody'. i chyba trochę racji miała, bo dobrze jest szukać szczęścia i przyjemności w małych rzeczach i warto umieć cieszyć się każdym dniem.
teraz tylko powyższe należy zacząć wcielać w życie ;].

[...]

piątek, 17 grudnia 2010

(218). czyli pani brodka / hilfe! hilfe! chłopcy do piór!

momentami niczym 'uduszona latająca ryba'.



160 cm wielkiej gwiazdy, które się spóźniło ponad pół godziny. podpadła mi już na początku. rozkręciła się jednak dość szybko. intensywnie i energetycznie. przeleciała ekspresem przez swoją dłuuugą 34minutową płytę, kilka coverów. i półtorej godziny minęło dość szybko. gwiazda na ręki wyciągnięcie była, między lud weszła ze sceny schodząc (tuż za nią podążał ochroniarz oczywiście). podłoga klubu uginała się rytmicznie wraz z podskokami licznie zgromadzonej gawiedzi. ona stężenia pedalstwa na metr kwadratowy momentami chciało się rzygać trochę. i od razu widać było, któż do kitschu vel kiczu chadza na imprezy. gwiazdki, gwiazdeczki przed oczami się przewijały. by atmosferę schłodzić, a może podgrzać - licho wie - brodka polewała nas obwicie kroplą beskidu popijaną łykami wielkimi po każdej piosence, która kończyła się dla niej drobną zadyszką.
jednozdaniowo: podobało mi się bardzo, ale małe ale mam jak zawsze ;).


i część druga. do piór chłopcy. biedny ja muszę spłodzić esej o gejowskich filmach amerykańskich. jak macie chwilę wolnego piszcie w komentarzach (chyba że macie wenę to elaboraty mejlowo przyjmuję. Brylantynie już za takowy dzięki składam oraz wyrazy chwały i uwielbienia  łączę, których cofnąć nie omieszkam, jeśli nie wywiąże się z tego co mi obiecał :P). o Waszych ulubionych filmach albo tych znienawidzonych, o tym jakie wątki poruszają i jak są w nich przedstawione postaci gejów. za pomoce wszelkie będę dozgonnie wdzięczny. i możecie pisać od myślników. nie musi być w formie zdań pięknych i kwiecistych. stawiam jak zawsze na treść a nie formę :).

edit 19.10.: Brylantyna już mi przysłał co miał. kłaniam się odpowiednio nisko! (póki mnie w krzyżu nie strzeli).

[...]

środa, 8 września 2010

(167) 83. czyli 'idź stąd i nie wracaj!'

powinienem wziąć sobie powyższe do serca i przechowywać w nim.



ruszyłem dziś swoje zwłoki o poranku do miast celem zdobycia jakiegoś wpisu, podrzucenia indexu do sekretariatu; ogólnie mówiąc techniczne sprawy uczelniane. czynione z najwyższą niechęcią i obrzydzeniem. bo po co, bo na co i się trzeba fatygować, a dojść, a poczekać, a tu zamknięte, a tak kolejka, a tu coś jeszcze. nie mniej jednak się udało.
udało się też poczynić zakupy. mam już do wyboru trzy wersje obiadu. albo pierogi z jagodami, albo coś z zasmażanym szpinakiem, albo coś z - po prostu - jajkami sadzonymi. czy będzie tym razem chciało mi się gotować? pewnie nie. znalazłem na wycieraczce kolejną ulotkę z pizzerii, może czas spróbować. może znowu się skończy chrupkim pieczywem albo tostem. ale, mam do wyboru jeszcze jedną opcję na dziś. opcja pojawiła się sama z siebie. a zwie się Słoneczko. zaproponował makaron z łososiem i czymśtam, że będzie robić i czy nie mam ochoty. cóż chyba nie umiem mu odmówić. lenistwo zawsze wygrywa!
(Słoneczko za pewien czas doczeka się chyba osobnego posta nawet. urocza z niego osoba).

(nad brzuszkiem ten pan mógłby trochę popracować chyba ;])

a w kwestii 'idź i nie wracaj' słowa dwa jeszcze. zdanie to przeleciało mi przez głowę, gdy tylko przejrzałem się w lustrze przed wyjściem z domu. powiedzmy, że dzisiejszy zestaw był nieprzemyślany i narzucony w celu przemknięcia się tylko po mieście. mam nadzieję, że nikt mnie nie widział, a jak widział, to nie pokojarzył, że ja to ja.
a teraz czas powrócić do domowego dresiku :D.

[...]

wtorek, 9 lutego 2010

62. czyli czas mija.

mijam ja?

















[anna maria jopek: nagle]




przekopując się dziś przez stos wyborczych - tym razem najstarsza jest z okolic przedbożonarodzeniowych - oprócz arcyciekawych artykułów o komisjach, hazardach, aferach, haiti... natrafiłem na swój kalendarz z ubiegłego roku. kartkując go pobieżnie doszedłem do jakże zaskakującego wniosku, że czas mija strasznie szybko. (odkrywcze).


tak oto popołudnie, 9. lutego, stało się przypadkiem porą minipodsumowania. nawet bardzo mini, bo chyba nie mam za bardzo ochoty grzebać w tym co się wydarzyć zdążyło, tym bardziej, że dostrzegam kilka analogii do tego co się dzieje i teraz. zanim wyjdzie na jaw co się działo, gdy jeszcze nie pisałem - wnioski, albo wniosek: pjotruś pan przez miniony rok nie nauczył się niczego na własnych błędach, albo prawie niczego, gdyż wciąż je popełnia, mimo że wydaje mu się, że tego już nie robi. whatever.


dwie głębsze relacje, z których nic w końcu nie wyszło (w tym jedna tocząca się w tym samym okresie, co ta obecna z Wiosennym, na którym można chyba postawić jednak już krzyżyk. jak macie ochotę rzućcie mu po kamyczku); przewijający się jak bumerang w układzie zima-lato-zima Pan Bezpłciowy (tylko czekać, aż i teraz się pojawi); i kilka relacji, które na szczęście daje się utrzymywać na w miarę sensownym poziomie (bo nie wiem czemu, odczuwam potrzebę posiadania gej-tylko-kolegów/przyjaciół i uważam tego typu relacje za niemal konieczne i ważne); Ex po roku od porzucenia po raz ostatni i ostateczny zaczął się do mnie odzywać (choć teraz chyba już nie będzie chciał. trochę szkoda, ale co ja mogę);


wymyśliłem sobie i nowe studia, które miały być antidotum na nużące mnie wtedy i przynoszące same nieszczęścia prawo (w sumie odskocznia teraz mi się przydaje); przypadkowo wybrane seminarium może jednak świadczyć o spadku mej miłości do tego kierunku; różne mądre plany z nim związane póki co zawisły na kołku, bo nie chce mi się nic pisać do publikacji. czort. w sumie mógłbym wiecznie studiować, by wreszcie odkryć ten 'idealny kierunek' ;)


także oczywiście czytałem, oglądałem, słuchałem, spotykałem się, pisałem, szukałem i znajdowałem inspiracje. 





wniosek jaki nasuwa mi się jednak jeszcze (co oznacza, że mimo wszystko wciąż funkcja myślenia jako-tako u mnie działa): nie łączyć studiów z miłością, czyli póki co się lepiej chyba nie zakochiwać, nie zadurzać, nie nic, bo to się zawsze kończy w ten sam sposób, czyli źle.





... i klika innych spraw, o których nie pamiętam. lub udaję, że nie pamiętam.






coby za głęboko nie było, czas wracać do lektur; na deser dostały 'duże formaty' i 'wysokie obcasy'. potem farma. i może coś na obiad trzeba by sobie zrobić...













to tak kontynuując anio-de. wątek.



(...)

poniedziałek, 11 stycznia 2010

53. czyli pomysł!

miałem byłem.


[bajm: lola, lola]

na notkę pomysł, plan, temat. wszystko w głowie ułożone. skończyłem pisać napoczętego mejla (może i kiedyś s. do mnie napiszesz :P) i pomysł mi uciekł, prysł i zniknął. stanę się zatem konradem czy innym dziadek i coś poimprowizować będę próbował, mniej lub bardziej udolnie.
jak się okazało Doktor_Kurdupel egzaminy ocenił bardzo szybko i oceny z nich wisiały w sieci już w sobotnie popołudnia, ja tymczasem dowiedziałem się o tym dopiero dziś w południe, będąc szczerze zaskoczonym, że już, że wyniki, że jakie niby wyniki. ale pozbierawszy myśli do kupy, okazało się, że zaiste - wyniki miały być w łikend. a że był to bardzo poważny egzamin, to mi się zwyczajnie o tym zapomniało. bo i nauki jakoś specjalnie nie odczuwałem. 5.
jutro widzę się znowu z Wiosennym Chłopcem - to popołudniem późnym (btw był ktoś na avatarze? warto/niewarto?), a wcześniej za to umówiłem się wreszcie na obiad z ex (czy raczej Ex, skoro do tej pory dorobiłem się tylko jednego). pomijając iż mam na 8, a na filozofię mam przeczytać jeszcze jakiś tekścik dziwny w obcym języku - zapowiada się całkiem miły dzień.



nie marudzę za wiele ostatnio. dziwnie się z tym czuję.

(...)

piątek, 8 stycznia 2010

52. czyli zmiany, zmiany, zmiany.

i jeszcze raz zmiany.



[miley cyrus: party in the u.s.a.]

raz. nie ma rajana/brajana. nawet go nie było. zamiast niego zamieszka nijaka mariola. na pierwszy rzut oka na mariolę taką przysłowiową nie wygląda, więc chyba tragicznie nam się współdzieliło kuchnie i łazienkę nie będzie.
dwa. odbębniłem, napisałem cudowne kolokwium, które okazało się być równie miłe jak i pan doktor, który je przeprowadzał. także za sobą mam egzamin, tu mam uczucia mieszane, gdyż Doktor-Kurdupel nie mając o czym wykładać, zrobił jedne zajęcia poświęcone rysowi historycznemu praw własności intelektualnej, by potem za 18 pytań testowych, móc z tegoż rysu ułożyć całe 5. bardzo proporcjonalnie. po co komu znajomość dat na takim przedmiocie - nie mam zielonego pojęcia. ale brawo dla pana doktora i brawo dla przedmiotu za cały 1ects.
trzy. jak się okazało wybrałem się dziś do miasta bez portfela. jego brak stwierdziłem już w samym centrum jak chciałem kupić bilet na pociąg. kocham wracać na piechotę w śnieżycy (parasola bowiem też nie wziąłem byłem) i wdrapywać się na poddasze, tylko po to by zaraz z niego móc zejść na dół i powrócić do centrum (tym razem już tramwajem i z parasolem).
cztery. kolejny dzień z rzędu na obiad zjadam kremówkę hiszpańską popijając kawą. to się nie może dobrze skończyć. i nawet już pani w cukierni zaczyna mnie kojarzyć, jako tego co kupuje zawsze całe jedno ciacho, bo drugiego i tak nie ma z kim zjeść.
pięć. byłem na randce z Wiosennym Panem. ciąg dalszy nastąpi. ku obustronnej radości :).



na koniec apel: zima jest - ubierajcie czapki :D

(...)

poniedziałek, 14 grudnia 2009

41. czyli na całej połaci...

... w przeróżnej postaci... śnieg...

(przed przejściem do dalszej części tekstu należy włączyć piosenkę!)


[anna maria jopek & jeremi przybora: na całej połaci śnieg]

ten dzisiejszy śnieg wygląda tak jakoś inaczej niż ten w łikend. wyszedłem z zajęć i oniemiałem - biało. skąd on się wziął. i prószył nadal rozkosznie, delikatnie opadając na spacerujących ludzi, pokrywając chodniki i ulice (drogowcy i tej zimy...).
i padał lekko, świeżo odciśnięte ślady butów po chwili znikały, blask świecących się wokół lampek i świątecznych dekoracji tylko dodawał uroku...
i to nic, że jak pada śnieg to nic nie widzę tylko latające wszystko dookoła, że jest ślisko wszędzie, butki i stopki się rozjeżdżają, że marzną mi paluszki i czerwieni się nos. dziś o dziwo było jakoś tak magicznie...
może to dzięki świadomości, że dwa eseje (jeden o niczym, a drugi jeszcze bardziej o jeszcze większym niczym) zostały napisane, niemal poprawione do końca czekają tylko na wydrukowanie i oddanie do lektury szanownym paniom i panom doktorom czy prawi-doktorom. oby i im się spodobały ;) teraz można spokojnie uczyć się na czwartkowy egzamin, w międzyczasie zaliczając 'zdalny' (cokolwiek to znaczy) kurs bhp.


szkoda tylko, że korespondencja ma leży...

(...)

sobota, 12 grudnia 2009

40. czyli śnieeeeg.

pada sobie bezczelnie.



[anna jantar: tyle słońca w całym mieście]

a nuż piosenką da się do zakląć, by padać przestał, by nie było go, by zniknął , by wyszło słońce i było ciepło, bym nie musiał chodzić omotany szalikiem, bym nie wciągał na głowę czapki a na dłonie rękawiczek. marzenia...
wraz ze śniegiem w mieście pojawił się - jak donosi ma ukochana fejsbuka - Pan Bezpłciowy. mam dziwne podejrzenie, ze to białe coś spadające bez ustanku z nieba to jego sprawka. w sumie żadne jego pojawienie się tu, nie wieściło nigdy niczego dobrego. ciekawe, jak będzie tym razem.
na złość - bo nieszczęścia chodzą stadami albo przynajmniej parami - oprócz wspomnianej panoszącej się bieli, moja skromna osoba stała się pociągająca. nie znoszę kataru, nie znoszę bólu gardła, nie znoszę zimy.


coby pozytywnym akcentem zakończyć, tworzenie esejów o niczym z filozofii i kulturoznawstwa ma się całkiem dobrze. juz 2/3 tego drugiego gotowe, potem pozostanie tylko zmierzyć mi się z najgorszą najgorszością. może do wtorku zdążę. chyba że zapatrzę się przez okno na wisłę i jeżdżące raz po raz tramwaje.

(...)

wtorek, 24 listopada 2009

33. czyli terapia przyniosła oczekiwane skutki.

pacjent nie żyje.



[andrzej piaseczny & seweryn krajewski: remedium]

zły humor przepędzony został na amen. albo nawet na dwa ameny i w 4 strony świata. i mam nadzieję, że za szybko nie wróci z powrotem. choć niezbadane są częstotliwości zmian mego nastroju, to może teraz na dłużej będę chodził z uśmiechem na twarzy i z rękami w kieszeniach noszonych.

co pomogło? tym razem zbieg fortunnych zdarzeń. (i takowe konstelacje i mojej osobie się zdarzają!).
- dostałem zwolnienie z wf :D (dzięki czemu nie rzucam amerykanistyki, a wf był tym przedmiotem, którego nie miałem zamiaru zaliczać w żaden inny sposób niż za pomocą zwolnienia).
- kupiłem sobie książeczkę. trochę taplanie się we własnym tęczowym sosie, ale czyta się bardzo dobrze. (szkoda, że waży prawie kilogram).
- i co najważniejsze, 5 dni przed premierą do sklepów trafiła płyta koncertowa piasecznego&krajewskiego. szkoda, że bez dvd, ale to już by było za piękne. dość, że mam muzyczną ucztę.
- przypadkiem całkiem wykopałem na jutjub pocięty koncert pana turnaua oraz ani de. nic tylko siąść i słuchać. ale jak tu znaleźć czas. oraz - przede wszystkim - jak się opędzić od innych muzycznych doznań. tym bardziej, że człowiek od nich opędzić się nie chce.



[andrzej piaseczny & seweryn krajewski: niebo z moich stron]

chodziłem po mieście plącząc się dziś niemiłosiernie w te i we wte. szukałem w kogo by tu wejść, na kogo wpaść. i nic. obejrzałem niebieskie i pomarańczowe strony z lekka - też nic nie ma. ale to drobny szczegół. póki co wystarczają mi za wszystko inne muzyczne uniesienia :)

(...)

poniedziałek, 5 października 2009

16. czyli poloneza czas zacząć...

nawet razy dwa.


[grzegorz turnau: idę cienistą stroną ulicy]

i w sumie na piosence mogłaby się ta notka skończyć. rok się zaczął. smutna to nowina. zajęć dzień pierwszy za mną. jako ponownie pierwszaczek pełen przerażenia w głosie rzecz mogę: 'bosh, ile kobiet. jedna brzydsza od drugiej'. mam na roku 80% takowych. masakra jakaś. kandydatów za to na przyszłego byłego - nie stwierdzono. póki co mam nadzieję.

a skoro rok się dziś zaczął był to i wiele wolnego czasu do marnowania takoż. tak oto umówiony kawo-obiad z moim wszystkich-znającym Chłopcem 3D przerodził się jeszcze w spacer oraz w 3godzinną inwigilację światka za pomocą pomarańczowych i niebieskich stron. jak się okazało (znowu) tutaj obieg facetów w przyrodzie jest bardzo szybki i rotacyjny. pomijając fakt, iż plotki są najniższą formą rozmowy, są one bardzo wciągające i niestety sprawiające wiele radości. tylko trzeba w odpowiednim momencie przestać, by za wiele się nie dowiedzieć, by nie móc potem za wiele powiedzieć. skomplikowane.


wiem że pan na foto ma przeraźliwie chude nogi, ale tu nie o nogi chodzi, acz o jego pupę, czy raczej o to co na niej ma przywdziane, a co ma związek z mym nowym-nienowych, ale z perwersyjną przyjemnością uprawianym hobby.
mianowicie z wielkim rozpędem przemierzam ostatnimi czasy wszelkie galerie (te handlowe) w poszukiwaniu kolorowych bokserek. (pan ich na sobie też nie ma. ale bokserki zawierają się z pewnością w zbiorze desygnatów nazwy 'majtki', a o nich szeroko tu mowa). im kolorowsze i bardziej wzorzyste tym lepiej. a że rozmiar ich noszę jaki noszę, to zwykle ostają się takowe na wyprzedażach nawet oraz na dziale dziecięcym również. (hm, może to nie powinien być powód do dumy). toteż tracę dla nich głowę i bez opamiętania nabywam. całe szczęście, że galerie są tylko 2 - w porywach 3 - a ja jestem bardzo wybredny i marudny. jak w życiu, tak i w kwestii bielizny.

(...)