Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spencer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spencer. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 grudnia 2011

(567). czyli 365 dni - MAX.

wygrzebałem gdzieś w blogowej przestrzeni pewną formę blogowego podsumowania roku, która dość mnie urzekła ;). nieco ją zmodyfikuję i spróbuję wcielić w życie. a będzie to bodaj pierwsze poważniejsze podsumowanie tu. aż się boję (bo muszę przejrzeć choć swe dawne notki. będzie to moje ich pierwsze czytanie, gdyż nie robię tego nawet przed publikacją). też się bójcie :P.


styczeń: rozpoczął się od powitania nowego roku w krk a upłynął generalnie pod znakiem sesji. w tym także miał miejsce egzamin u dra NN. z przyjemnych spraw: zostałem nawiedzony przez Nemsta (i jego cudownie czarcie kubeczki) - z nieprzyjemnych: kolejny rok stuknął na liczniku.
luty: dalszy ciąg sesyjnych przepraw, ale dużo już przyjemniejszych, bo polegających na oglądaniu filmów. rozpocząłem też kolekcjonowanie bibliografii do swej mgr to także czas blogowej aferki, która na zawsze zmieniła blogosferę (haha! a miałem o tym nie wspominać, ale no jednak wydarzenie to ważne). ale jednak przede wszystkim to czas gości. krakowskie progi nawiedzili równolegle Kordialny (okazało się, że po pijaku mówię nawet po hiszpańsku) i Brylantyna (za sprawką które wylądowałem na parkiecie. koniec świata!).
marzec: czas wiosny, ale tylko tej astronomicznej i pogodowej. dla mnie czas nauki do kobylastego egzaminu, z którym zmierzyłem się z sukcesem. to dalej nawiedzanie kser i bibliotek = kompletowanie bibliografii. pierwszy raz w życiu też omal nie spóźniłem się na pociąg!
kwiecień: 1 kwietnia - 1 słowa w pliku pt mgr napisałem. i tak pisałem cały miesiąc. z przerwą na święta oczywiście. odświeżyłem także kontakty ze swoją Byłą.
maj: majowy łikend, jak i rok temu spędziłem z nawiedzającym mnie Ajsem, kilka dni później wreszcie udało mi się poznać osobiście Tahoe (i wypić z Nim ekspresową kawę na dworcu pks), we wro z kolei spotkałem się z Brylantyną oraz upolowałem garnitur (pierwszy od czasów matury) na obronę. no i w połowie miesiąca skończyłem pisać mgr i radośnie oddałem ją do lektury swemu promotorowi.
czerwiec: ostatni egzamin na studiach zdany, praca mgr zaakceptowana, termin obrony wyznaczony. drugie studia toczą się leniwym acz sesyjnym rytmem. a Chłopiec 3D oznajmia, że wyprowadza się do wwa.
lipiec: Dzień Niepodległości i dzień mej obrony. 3literki zdobyte. zdany też został egzamin umówiony w prywatnym terminie u dra NN, który dał się nawet na kawę wyciągnąć. to też czas wrocławskiego, w końcu długiego spotkania z Tahoe. to także powrót na wakacje na Koniec Świata i czas rozpoczęcia nauki na konkurs na aplikacje (pod znakiem której upłynęły mi całe wakacje).
sierpień: czas wytężonej nauki. samotnej, bo cała rodzinka na prawie miesiąc raczyła pojechać sobie na wakacje, zostawiając mnie na pastwę pisaczków, strasznej burzy, którą przeżyłem będąc samemu w domu oraz konieczności przyuczenia się do fachu włamywacza. spotkanie z Bezpłciowym. kupiłem sobie też atlas linii kolejowych - najlepszą książkę tego roku :D. mój blog skończył 2 lata.
wrzesień: przeprowadzka do nowego mieszkania w krk, ekspresowa sesje na drugim kierunku i oczywiście nauka, nauka, nauka i egzamin na jedną z aplikacji. zakończony sukcesem. i dalsza nauka na kolejny :D (z przerwami na odcinki the voice mego ulubionego).
październik: intensywny początek w wwa - egzamin, spotkanie z Bezpłciowym, Aparatką, a przede wszystkim czas arcymiły u Ajsa. foch na 3D - oj zasłużył sobie. i wycieczka NLPS - kolejowa ze Spencerem po śląsku.
grudzień: powrót na kolorowe portale, po ponad 3 latach nieobecności. wysyłanie cv i lm oraz upolowanie patrona. no i święta w domu. oh, luka!


wybrałem też swoje ulubione wydarzenie z roku minionego.
nie potrafiłem za to wybrać ulubionej lub najbliższej mi w tym czasie piosenki. paru innych rzeczy też podsumować nie umiem. wiem jedynie, że bilans tego roku wypada zdecydowanie in plus
za arcyprzyjemne towarzystwo w tej całorocznej wędrówce (blogowej i rzeczywistej) podziękowania zechcą przyjąć (alfaberycznie): Ajs, Brylantyna, Krikrakren, Nemst, Pan McQueen, Spencer. specjalne wyrazy wszelakie na ręce (oczy) Yomosy i Tahoe składam (Wy już wiecie jakie). bez Was ten czas nie byłby taki jaki był.




a życzenia to Wam jeszcze złożę w kolejnym poście ;).

[...]

poniedziałek, 19 grudnia 2011

(556). czyli Chłopiec z Grzywką.

i inne ciekawe przypadki.


zdarzyło się dnia wczorajszego kawowo-obiadowo-spacerowe spotkanie z Chłopcem z Grzywką. przy jego okazji złamałem kilka Spencerowych przykazać dotyczących randkowania - mianowicie spotkanie moje trwało prawie 6h zamiast nakazywanych 2-3, oraz oczywiście się spóźniłem, ale z winy mpk i korków, więc nie wiem do końca czy to się liczy ;).
już po rozmowie na gg spodziewałem się że może być on bardzo ciekawą, oryginalną, nietuzinkową, by nie rzecz dziwną osobą. mało rzeczy mnie u ludzi zaskakuje, powoduje, że chcę uciekać. więc i w tym wypadku słuchając jego różnych opowieści siedziałem dzielnie kawę sącząc. pytałem, drążyłem, jak to mam w zwyczaju, o sobie opowiadając ile bądź. od samego początku uwiodła mnie jego grzyweczka, i nieco specyficzny styl ubierania się, a potem także i kilka innych rzeczy. plusów zatem parę się nazbiera. ale nazbierają się także i minusy, i to zdaje się nieco większego kalibru. momentami także miałem wrażenie jakby siedziało przede mną kolejne wcielenie mego ex. a to chyba nie jest najbardziej pożądane wrażenie podczas takiego spotkania. ah, i nie nosi kolorowej bielizny. tego już nie zmaże nic ;).
a na serio to wróciwszy wczoraj do domu nie do końca umiałem wszystko wyważyć. stanęło na tym, że nic z tego, bo to nie TEN. teraz te radosne wieści  muszę mu przekazać. a on zdaje się nie znalazł u mnie takich zastrzeżeń jak ja u niego. cóż. polujemy dalej. 




i właśnie przeżywam mały szok. na kumpello napisał do mnie unikający mnie od 2,5 roku na korytarzu Chłopiec, z którym Mogło Wydarzyć Się Więcej. powalająca wiadomość, no proszę, max szuka chłopka. znając życie jest to pierwsza i ostatnia wiadomość od niego ;]

[...]

poniedziałek, 5 grudnia 2011

(542). czyli pułapki.

post stylizowany.


codziennie podejmujemy różne decyzje. mniejsze lub większe, ważniejsze lub błahsze. te małe zapadają spontanicznie, większe poprzedzamy dogłębną analizą, by dokonany wybór jak najbardziej odzwierciedlał nasze oczekiwania. a im mniej czasu do podjęcia decyzji, tym stres z tym związany większy i łatwiej tym samym o pomyłkę. i łatwiej wpaść w pułapkę. NP:

  • pułapka definicji problemu - zbytnie przywiązanie do pierwotnie sformułowanej definicji problemu i niedostosowywanie do zmiany warunków, w miarę gdy problem poznajemy coraz bardziej;
  • pułapka zakotwiczenia - gdy przywiązujemy zbyt dużą wagę do pierwszej otrzymanej informacji lub do tej, którą bezpodstawnie uważamy za najważniejszą, np. sugestie znajomych, statystyki, trendy, które nie pozwalają nam swobodnie myśleć;
  • pułapka przywiązania do statusu quo - unikanie wyborów, ryzyka i odpowiedzialności;
  • pułapka asekuranctwa - gdy bojąc się popełnić błąd sytuację oceniamy i nasze działania planujemy tak by się zabezpieczyć;
  • pułapka powrotu do przeszłości - gdy nasze przewidywania opieramy na negatywnych zdarzeniach z przeszłości;
  • pułapka kosztów utopionych - zakładamy, że gdy raz nam się nie udało, kolejnym razem będzie tak samo niekorzystnie. w związku z tym nie podejmujemy kolejnej próby, pośrednio broniąc własnej złej decyzji.
co prawda przykładowe pułapki pochodzą ze świata biznesu, jednak z powodzeniem można się do nich odnosić w codziennym życiu. przyglądając się nim bliżej, łatwo zauważyć, że choćby podczas poszukiwania chłopaka, po raz kolejny wertując strony portali, bardzo często mniej lub bardziej świadomie w część z nich popadamy. a przy najmniej mi się to zdarza. jak ze wszystkimi uprzedzeniami i błędnymi podstawami decyzji w życiu walczyć trzeba. kto wie, może i na mnie czas nadejdzie ;).




Spencer! pozdrawiam!

[...]

niedziela, 30 października 2011

(510). czyli kolorowa rewolucja.

[pierwsza notka z serii obiecanych].


wczora z wieczora (choć w sumie to już noc była), toczyłem nie przypadkiem rozmowę, która zeszła przypadkiem na temat bardzo miły dla mych oczu. mianowicie na bieliznę. typy, rodzaje, kolory. oraz tą, którą ów nosi.
kaganek oświaty niosąc, przeprowadziłem małą rewolucję kolorystyczną; ożywienie w garderobie zostanie wprowadzone. mój rozmówca obiecał udać się do sklepów w poszukiwaniu czegoś wesołego na nadchodzącą listopadową pogodę. by i ukazujące się tegoż skrawki, mogły rzeczywistość ubarwiać.
na kanwie tej rozmowy naszła mnie ochota na przepytanie Was. zatem pytam każdego z Was jaką bieliznę nosicie?. do wyboru macie bokserki luźne i obciśnięte (zwane boxer briefs), slipy (jakie są każdy widzi i wie), jockstrapy, w ramach szaleństwa i stringi. a także wszystko inne, co Wam do głowy przyjdzie. kolory i wzory też wedle uznania. odpowiedzi zostawiać można w komentarzach, dowody w formie zdjęć przesyłać drogą mejlową.
ja z kolei posiadam kolekcję bokserek obciśniętych i megakolorowych. każda para inna, w zależności od humoru i okazji. polecam i zalecam ;D.



piosenka zaraźliwa. zarażająca także Spencera. zarażam i Was :D.

[...]

sobota, 22 października 2011

(505). czyli 'miło Cię było poznać, ale dobrze, że już jedziesz'.

nie ma jak to urocze pożegnanie :D.


dzisiejszy mój dzień upłynął pod znakiem kolejowych wycieczek. i to na trasach mi nieznanych. i wreszcie znalazłem i - przede wszystkim - poznałem osobiście osobę, która ma takiego samego fioła na tym punkcie jak ja. zatem, czas powiedzieć to wprost i zagadek nie zadając, na kolejowym i nie tylko szlaku, towarzyszył mi dziś Spencer. kolejny blogger. i kolejny arcymiły :).
pomijając opóźniania pociągu tlk, który miał mnie na śląsk dowieść i to że wymarzłem się na krakowskim dworcu jak pies, dreptając niemal w miejscu, sobie tylko znanym szlakiem, po peronie, kolejne podróże po śląskiej ziemi odbywały się już bez przygód nieplanowanych. co do zasady, oczywiście. trasa z trzema przesiadkami, zsynchronizowana perfekcyjnie. katowice-rybnik-pszczyna-tychy-katowice. niestety za każdym razem wiozły nas rozklekotane ezt. zdaje się bardziej rozklekotane niż w innych regionach kraju :D. liczyliśmy na jakiegoś flirta z tychów, ale i tu nam przewoźnik psikusa sprawił i takowym nie uraczył. pragnąc to nadrobić, licząc na łut szczęścia, postanowiliśmy jeszcze rzutem na taśmę wybrać się do pewnego miasta na s. s-c główny był to. jednak i tu niestety nie pojawił się na peronie skład upragniony i zadowolić musieliśmy się brunatnym rozklekotanym. więcej szczegółów i videorelacja zapewne już niebawem na Spencerowym blogu. choć - skarżąc się nieco - nie chciał za często swego magicznego urządzenia do macania i nagrywania wyjmować. o! i bu! :D.
wylądowaliśmy na pizzy także. i kawie. i na turystycznej trasie po katowicach. to nie jest takie straszne miasto, jakim do tej pory mi się wydawało ;). pomijając może dziurę zamiast dworca. ale i do tego można chyba przywyknąć. nie da się ukryć, że też toczone był rozmowy na różne życiowe i mniej tematy. może i momentami o plotki się otarliśmy ;). ale czy i o czym, to już pozostanie tajemnicą :P. bijący z niego optymizm jest niezaprzeczalny i nie da się go marudzeniem moim zmącić. eh, a tak się starałem :D.
na sam koniec kolej oczywiście postanowiła spłatać psikusa. pociągi wszelakie na kraków były opóźnione o 50-80 minut. przyznać się kto z was złośliwie położył się na tory! czekając na dworcu, nie wiem czemu wzbudziłem swą złą miną, granatową kataną i torbą przewieszoną przez ramię, zaufanie współoczekujących, gdyż postanowili wypytywać się mnie o opóźnione składy, perony i inne takie. co gorsza, czyniła to także jakaś z lekka szalona zakonnica, która wsiadała i wysiadała wcześniej do kilku pociągów pod rząd jak zauważyłem. chcąc uniknąć kolejnych pytań czym prędzej peron zmieniliśmy :D.
kolejnym razem zapewne nadarzy się kolejowy szlak w okolicach krk ;].




i co ciekawe, okazało się, że nie wszystko ciemniejsze jest fajniejsze :D. ot gusta, guściki ;].

[...]

poniedziałek, 17 października 2011

(502). czyli lepszy rydz...

niż nic.


a jeśli nie ma nawet rydza, to zaczyna się problem :D. jesiennym zwyczajem w ten piękny i rześki poniedziałkowy poranek, który się dziś przydarzył udałem się z dziadkiem i mamą do lasu na polowanie. grzybowe. efekty z lekka marne (co w sumie przewidywałem, gdyż i na targu nie widać handlarzy z grzybami), ale jednak niby nic nie znaleźliśmy, ale coś tam na sos się znalazło. grzyby grzybami, dorzucając do tego spacer arcy przyjemny i jesień wokół - radości co niemiara.
mniej radują wskazania wagi, na którą w domu stanąłem. ale nad tym popracuję w krk :D. choć będę miał jakiś powód do oszczędzania ;).
i w ogóle mimo poprzednich marudności, to humor mam generalnie dobry. w sumie powinno znaleźć się to w poście numer 500, ale może i tu; humor mój dobry po części jest zasługom dobrych dusz poznanych dzięki blogowemu poletku :). mimo smętnych postów czasem i marudnych za bardzo, nie uciekajcie daleko ;).
i krikrakren zdradził mi pewne blogowe, techniczne sekrety. jestem zauroczony techniką googla :D. grazie!
łikend nadchodzący zapowiada się także interesująco. może być to tak zwany łikend NLPS. (i warto mieć taką perspektywę już w poniedziałek). ale o tym szerzej innym razem. niech się plany skrystalizują :D.



a jutro znowu trzeba o świcie wstać (na pociąg) i pojutrze też (na zajęcia). brrr.

[...]

niedziela, 2 października 2011

(491). czyli zakuś!

przybył. do mnie. wreszcie i nareszcie!


i właśnie pijemy kawę. to wszystko w kontynuacji kawowo-kubkowego tematu zapoczątkowanego pośrednio przez Tahoe. zatem wraz z moimi rodzicami, tonami pakunków (gdzie ja to teraz pomieszczę), pojawił się i mój ukochany kubeczek, z mym ukochanym (ale coraz mniej już) zacusiem. z żadnego kubka kawa nie smakuje tak wspaniale! dlatego też nikomu z tego kubeczka mi pić nie pozwalam :D. bronię go jak niepodległości i własnej cnoty! :DD.
zaraz lecę do  miasta na obiad, jednak nie można było się z niego wykręcić, a mała naukowa przerwa na pewno dobrze mi zrobi. musi dobrze mi zrobić. i muszą we mnie po niej nowe, wzmożone naukowe siły wstąpić. i to nawet mimo tego, że babcia mnie usilnie demobilizuje sugerując pójście na spacer i bym się do upadłego nie uczył i zrobił sobie przerwę. niechaj 3 kropki za komentarz posłużą. oto i one: ...



bawiącego na plażach i w pociągach Spencera pozdrawiam! innych, niebawiących, też :).

[...]

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

(451). czyli wakacje?

 marudzą niektórzy na ich koniec. nie dostrzegam go jakoś.






[Spencer, spójrz TU!!!]




ba, nawet nie wiem kiedy się zaczęły, jeśli się w ogóle zaczęły. cały letni okres mija mi w towarzystwie książek. niektórzy się urlopują, ściągać mnie na urlopy próbują, a mnie się serce kraje, ale niestety w tym roku nie mogę sobie na żaden wypoczynek pozwolić (wypoczywajcie wspaniale chłopcy, buziaki posyłam, a myślami z Wami po szlakach krążę :*). dopiero późną jesienią, gdy straszne wydarzenia egzaminacyjne będą za mną, ich wyniki okażą się pozytywne, będę mógł się na zasłużone wczasy udać.


jedyne rozrywki, na które sobie pozwalam to wizyty w sklepach (spożywczych i marketach, najlepiej klimatyzowanych), u babci (ale też nie za długo, bo po kwadransie już mnie swędzi tyłek, i naukowe sumienie gryzie) albo te przymusowe w postaci podlewania kwiatków na działce na wsi. 


i tamże się dziś udałem. co prawda pewna kura chciała stać się moim rosołem, pewien pies chciał mi zniszczyć zderzak i maskę, a samochód ciężarowy z drewnem zza zakrętu się wyłaniający na środku drogi wąskiej zrobić ze mnie marmoladę albo inną konserwę czy pasztecik, jednak na wycieczkę nie narzekam. choć słoneczko aż za bardzo operowało, i mnie lekko w aucie poddusiło. 


ah i pociąg widziałem :D a że tory biegły równolegle do szosy, to towarzyszył mi przez niekrótki czas podróży. nie wiem czemu sprawiło mi to tyle radości. chyba nie jestem do końca normalny. ale chyba lepiej skądś radość czerpać niż smęcić wciąż ;)








+ kto z Was wie, co się jutro wydarzy ;>

czwartek, 4 sierpnia 2011

(433). czyli na lwy-by?

na grzyby!



na rekonesansie leśnym o poranku, dnia wczorajszego, byłem. siedzi człowiek w domu to go swędzi i nosi. zatem nawet poświęcenie się i wstanie tuż przed 7 problemem nie jest. leśnych duktów szlakiem bieganie - co prawda bez słyszenia w tle wyjącego w księżycową noc wilka - z koszyczkiem w ręku i w stroju pt. niech mnie tylko nikt w nim nie zobaczy, mózgu zwoje odpręża idealnie. dzięki temu nie rozprostowują się od nauki zbyt szybko, ani tez nie przegrzewają. 
efekty może mało szalone, ale na sosik starczyło. zatem i ucieszy dla ciała (w formie żołądka) tym razem były. 
grzyby i poranne mgły, a także te wieczorne, zgodnie z tym co pisze Spencer, zwiastuję nadejście jesieni. wreszcie!


ale może zamiast się nad tym rozczulać i rozwodzić wrócę do mych malowanek :D.

[...]

piątek, 11 marca 2011

(311). czyli mhmhmhm.

kiedyś Spencer polecał, ja zapoznałem się - jak to ja - z opóźnieniem pewnym i to znacznym dość. muzycznie i estetycznie jestem na TAK!



[...]

niedziela, 6 marca 2011

(303). /557/ czyli na 4 ręce.




Lubię patrzeć na mężczyzn. najchętniej spoglądam im w oczy, poszukując ukradkiem ich spojrzenia. Oczy zawsze najpełniej wyrażają, to co tkwi w człowieku. (chyba że są skryte za słonecznymi okularami). Oczy smutne bardziej przykuwają uwagę. tym bardziej, im więcej tajemnic w sobie zdają się skrywać. Kiedy w nieosłoniętych odbija się migotliwe światło słoneczne zdają się krzyczeć wprost do mnie – zobacz ten ból. i wtedy człowiek zaczyna się zastanawiać, czy jest uprawnionym do próby dostania się do cudzego świata za oczyma skrywanego. Czy mam prawo zadać pytanie o powód bólu, czy tylko na obserwacji mam poprzestać? im dłużej patrzę, tym oczy bardziej kuszą. Mam chęć podejść, ale boję się reakcji. w końcu rezygnuję, śmiałość nie jest moją najmocniejszą stroną; poza tym nie wiem czy chciałbym by ktoś w podobnej sytuacji wypytywał i mnie; a może właśnie przypadkowa osoba, której wiem, że nigdy więcej nie spotkam, pozwoliłaby mi na odrobinę szczerości nawet przed samym sobą? Pozostaje jednak to „kuszenie”, że ten mężczyzna, który pozwala sobie na to by jego oczy pokrywały się zaszkleniem, może być kimś kto mnie porwie, zaczaruje swą historią, a może nawet wpłynie na moje życie. w końcu sprawa rozwiązuje się sama - obiekt naszych potajemnych rozmyślań znika z pola widzenia. Jednakże ów blask jego oczu tak mocno odciska ślad w mej pamięci, że już pierwszej nocy po tym spotkaniu śni mi się. nie tyle on, co same oczy; próbuję wniknąć w historię w nich opisaną lecz bezskutecznie; budzę się. Wracam do nich przez kilka wieczorów, aż pochłonięty codziennością zapomnę ich blask, do czasu kiedy spotkam inne, lecz tam samo urzekające.


czego szukamy w cudzych oczach? Czy tak naprawdę szukamy innych, czy może próbujemy odnaleźć siebie? może poznając cudze historie znajdujemy przypadkiem rozwiązanie własnych spraw? Nam przecież także zdarza się chodzić z takimi smutnymi oczami. maskujemy nasze nastroje dość skutecznie - tak przynajmniej nam się zdaje, tymczasem ci, którzy nas znają lepiej - mimo naszych zaprzeczeń - i tak szybko odkrywają, że coś jest na rzeczy.
Spoglądam więc w oczy, zaglądam w ich głębię. czym prędzej odchodzę jednak od lustra - sama świadomość wystarcza, widok można sobie już podarować. I znowu załączam muzykę, która pozwala zagłębić się w siebie i tajemnicę mych oczu. dzięki niej tajemnica ta znów przez pewien czas będzie mogła pozostać tylko moją. Tak jak pozostała tajemnicą tego chłopaka z białymi słuchawkami na uszach. swoją drogą ciekawe czego słuchał.

[...]

piątek, 11 lutego 2011

(278). czyli to coś.

tylko, które coś i jakie.



gwoli wstępu vel wyjaśnienia. zmuszony ponagleniami czy też zmobilizowany wyczekiwaniami Spencera na pewien tekst, nie mogę go nie popełnić. zaczęło się od mego niewinnego komentarza do jego notki. notki o chłopcach i tym, czego w nich szukamy albo najchętniej w nich znajdujemy i o tym co jest ważne, a co ważniejsze.
było o chłopcach pięknych i malowanych, którzy jednak są za piękni i za malowani by móc z nimi cokolwiek budować i było o tych w sposób nieoczywisty pociągających, za to z pięknymi umysłami i posiadających w swej urodzie (...) pewien uroczy element, który zwala nas z nóg i nie pozwala powstać. i cytowany fragment ma się stać przyczynkiem do opisywania owego zwalania, motyli i innych farfocli potem się rodzących, do których póki co stosunek posiadam z przymrużeniem oka, ale gdy pewnie zawitają i w mym brzuchu - zdanie zmienię. (chyba, że prędzej ulegną one strawieniu).
ale do rzeczy. mam nadzieję, że satysfakcjonująco.
podchodząc do tego ze strony nieco pragmatycznej, często zdarza się, że nasze pierwsze miłości nie są delikatnie mówiąc najpiękniejsze. ale są takie pierwsze, takie nasze i każda 'wada', staje się wartością dodaną do ukochanej całości. a że każda miłość jest pierwsza można spróbować me mętne i bełkotliwe rozważania odnieść do wszelkich facetów w życiu pojawiających się. zwykle zatem to co nas urzeka, jednocześnie jest elementem skrzętnie ukrywanym przez drugą stronę, gdyż traktuje ona ową cechę jako tę o wartości raczej ujemnej niż dodatniej. raczej odstraszającej niż przyciągającej.
nieklasycznie urodziwi mogą przecież - i czynią to w sposób bezapelacyjnie doskonały - R wymawiać nie wymawiając go, mrucząc gardłowo w zdaniu 'król karol kupił królowej karolinie...' czy uśmiechać się i spoglądać tak, że łowić każde spojrzenie się chce. stanowią, ci chropowaci, ci do oszlifowania przez nas samych, bardzo często idealnych partnerów do niekończących się rozmów, bywają mistrzami celnych odpowiedzi, barwnych porównań i plastycznych opowieści - ale tylko gdy kogoś już poznają i się rozkręcą, gdyż w nadmiarze nieznanego towarzystwa zaszywają się w swej nieśmiałości.
a skoro zmarszczki i tak z nami wygrają mija się kompletnie z celem stosowanie jako jedynego kryterium doboru partnera poziomu jego piękności, estetyczności etc-etc. bo cóż nam z tego skoro potem nastaje pusta cisza. lepsze chyba od ładnego pudełeczka bez zawartości, pudełeczko ciut mniej cudaczne, a skrywające w sobie cenną choć nie zawsze od razu docenianą zawartość. a każdy w takim pudełeczku szuka czegoś innego, choć co do zasady tego samego, ale pod różnymi postaciami. stabilizacji.


to jeden z niewielu postów, które przeczytałem przed publikacją. wydaje się być niestrawny, wybaczcie. a ja więcej nie będę niczego już swego czytywał, ani pisywał pseudogłęboko ;).

[...]

poniedziałek, 10 stycznia 2011

(250). czyli pół NEMST'a.

to ja, to ja!

klika dni temu Nemst obchodził jubileusz posta pięćsetnego. mi dziś udało się dobić do połowy z tego. chciałbym kiedyś go dogonić, ale wydaję się być to lekko nie wykonalne, gdyż płodzi on nawet po dwa posty dziennie ;o. chyba, że zacznę umieszczać filmik za filmikiem. to dość kuszące. ale o poziom - jeśli jakikolwiek jest - wypadałoby dbać. chyba.
z okazji - w sumie bez okazji - ćwiartki: piosenka ;).

 

pokusiłem się także o lekturę komentarzy pod piosenką. sekciarstwo mnie zaskakuje. magiczne nadinterpretacje. odebrało mi słowa, na chwilę czucie w palcach.

Para prezydencka była wielkimi fanami talentu p.Maryli. Gdzieś przeczytałam, że przy m.in tej piosence bawili się w ostatniego dla nich Sylwestra. Z całej płyty najbardziej podobała im się właśnie ona; odtwarzali ją kilkukrotnie tego wieczoru. Uderzyły mnie słowa z pierwszej zwrotki:
"Za pewien czas,
gdy któreś z nas,
odejdzie, zapomni, zatrzaśnie.
Zaczną się złe godziny mdłe,
ZNIKNIEMY SOBIE WE MGLE"
Jeśli wziąć po uwagę okoliczności ich śmierci, to ostatni werset nabiera nowego znaczenia...
 no.


a tymczasem reklamując nową notkę Spencera, którą jednym ze swych komentarzy zainspirowałem, oddalę się do nauk na jutrzejszy egzamin. tak-tak. sesja zamieszkała u mnie. pod łóżkiem.

[...]